
Kampania promocyjna najnowszego dzieła Green Day jest chyba ciekawsza niż sam krążek. Udostępnione przez członków zespołu zdjęcie billboardu zapowiada album, będący ciosem wymierzonym przeciwko trapowym bitom i celebracji występów gościnnych, a także stuprocentowo rock’n’rollowym lekiem na zło całego świata. Ah! Ileż w tym energii i zawziętości!
Jeśli jednak spodziewacie się po “Father of All..” triumfalnego pokazu siły gitarowego grania, to srogo się zawiedziecie. Świeże piosenki Billiego Joe Armstronga i kolegów pokazują raczej starczy uwiąd gatunku, którego dawno temu pomogli rozpropagować, czyli pop-punku. Niespełna trzydziestominutowy materiał opisuje tę stylistykę jako odgrzewającą przeterminowane pomysły melodię przeszłości. Każdy utwór jest oparty na tym samym, przerażająco banalnym patencie. Wokalista, który na śniadanie zjadł własną charyzmę, wypluwa z siebie kłujące w ucho pseudorebelianckie frazesy w rytm stadionowego MTV-punka o urodzie lovecraftowskiej abominacji. Pozszywana z wpływów alt-rocka i ramonesowo-clashowej motoryczności pokraka wpisuje się oczywiście w teraźniejszą popkulturową modę na retro. Problem jednak w tym, że Green Day eksploruje motywy, przewałkowane przez innych miliony razy i to znacznie lepiej.
Autorzy “American Idiot” twierdzą pewnie, że skromny czas trwania ich albumu symbolizuje powrót do korzennego rocka, zamykającego eksplozję emocji w krótkich, kilkuakordowych impresjach. Ja mam jednak nieco inne skojarzenie. Cała płyta przywodzi mi na myśl nieprzygotowanego studenta, nieudolnie prezentującego wykładowcy i rówieśnikom swą lichą wiedzę. Podczas niekomfortowego publicznego występu, uczeń zaczyna mówić coraz szybciej i szybciej, po to, by skrócić (własne i profesora) cierpienie. Tak właśnie brzmią członkowie Green Day – jakby nie odrobili lekcji.
Na artystycznej drodze amerykańskiej grupy stanęła jakaś tajemnicza, niemożliwa do ominięcia przeszkoda. Mistyczna bariera nie pozwala im ruszyć dalej i zmusza do dalekiego odwrotu. Jeśli w najbliższym czasie panowie nie poradzą sobie z tą dziwną blokadą, to wkrótce staną się swoim własnym cover bandem. Egzystencji w takim dantejskim piekle nie życzę żadnemu artyście.

















