
Dla rozrywki, a raczej dla szczęścia. Raczej dla własnego egoizmu roztrzaskanego o skałę jednokierunkowych myśli. Czyli strumień świadomości losowego człowieka. W lutym moje, z wyboru, miasto pokrył krwawy deszcz. Cisza, pojednanie, smutek, a potem znowu podziałowy jazgot. Tylko na chwilę. Rytm krzywej na kardiometrze. Ktoś przegrał, ktoś wygrał. Taka kolej życia, rzeczy i demokracja. Jestem apolityczna gwoli ścisłości. W międzyczasie zajmowałam się własnym bałaganem, pokonałam demony przeszłości, ceteris paribus. Przyjaciele też mieli sukcesy. A rodzina miała choroby. Piętrzyłam papiery na biurku, jak się okazuje – na nic.
Gdzieś pomiędzy tym, czego wymaga ode mnie życie, a tym, co podpowiadają mi myśli, niczym Rachmaninowowi piszącemu Drugi koncert fortepianowy, wróciło mi poczucie sensu, wena i siła. Jednak tylko do tych działań, których chcę sama. Studium przypadku z myślowego sztormu losowego człowieka, który coraz mniej chce robić dla kogoś. Cztery lata temu dowiedział się, że, z biologicznego punktu widzenia, nie ma miłości. Kilka miesięcy temu odkrył, że szczęście to kwestia definicji i może nawet nie istnieć. Nikt nie jest wszak agregatem, który mógłby zasilać radością otoczenie. Gorsze dni z winogronami, tak słowotwórczo winnymi, że aż ich żal. Lepsze zaś w teatrze i przy muzyce klasycznej w budzącym zachwyt odzieniu.
Losowy człowiek patrzy i wnioskuje, bynajmniej nie statystycznie: dzisiejszy świat jest zły i zepsuty. Im silniejsza jednostka, tym bardziej autonomiczna. Nawet, jeśli LC jest bez wiary, mylą mu się rogate ze skrzydlatymi, bo podobnie jak Woland jest częścią tej siły która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro. I robi to wyłącznie per divertimento. Dla rozrywki.

















