Zwątpisz we wszystko – recenzja „Zobaczysz wszystko” (reż. Nathan Fielder, Lance Oppenheim)

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Ponad 60 milionów dolarów wpływów w Ameryce Północnej, ogromny internetowy buzz i powszechna zmowa milczenia. „Zobaczysz wszystko” w reżyserii Nathana Fieldera i Lance’a Oppenheima to już nie tylko zwykła jesienna premiera. To fenomen, zwłaszcza w kontekście swojego gatunku – kina dokumentalnego. Kto jeszcze pół roku temu pomyślałby, że cała sala będzie się bała mrugnąć choćby na sekundę, by nie przegapić żadnego niuansu z tego trzygodzinnego spektaklu?

Niewątpliwie na sukces „Zobaczysz wszystko” przełożył się między innymi błyskotliwy jak zawsze marketing A24. Jeszcze zanim poszłam do kina na przedpremierę, wiedziałam, że w filmie COŚ się wydarzy. A jednocześnie publiczność i krytyka były dość zgodne: im mniej napiszemy o filmie, tym większą frajdę z jego oglądania będą mieli inni (czy właśnie się z tego wyłamuję?). O to niespoilerowanie prosi też sam dystrybutor, wyświetlając komunikat tuż przed seansem. I ten zabieg działa genialnie, bo oto do gatunku niekojarzącego się z wielkimi zwrotami akcji wprowadza poczucie wielkiej niewiadomej, zbliżając doświadczenie kinowe do psychologicznego thrillera.

Czy sukces „Zobaczysz wszystko” odczaruje w oczach masowej publiczności film dokumentalny? Ma szansę na bezprecedensowe osiągnięcie: otrzymanie oscarowej nominacji w kategorii Najlepszy film, jako pierwszy dokument w historii. Nie są to jedynie internetowe spekulacje, bo studio A24 prowadzi już oficjalną kampanię filmu – między innymi w kategoriach Najlepszy film, Najlepszy film dokumentalny, Najlepszy reżyser czy Najlepsze zdjęcia. Poruszenie w filmowym świecie wywołał zresztą już sam zwiastun, a cały film nie marnuje danej mu uwagi. 


Reklama

Oto w trzygodzinnym spektaklu spotykają się mistrzowie kreacji: ona – Elizabeth Holmes, skazana za oszustwo założycielka Theranos, oraz dwóch reżyserów: Nathan Fielder, łączący społeczną niezręczność z obsesją inscenizowania rzeczywistości, i Lance Oppenheim, od lat tworzący na styku dokumentu i performansu. Fielder wynegocjował nawet z A24 nietypowy układ: jeśli twórcy nie znajdą w tej historii nic nowego, będą mogli całkowicie porzucić projekt. Trudno jednak wyobrazić sobie, że tak mogło się faktycznie stać. Holmes bowiem zaprosiła filmowców do swojego domu na 34 dni przed rozpoczęciem odbywania kary pozbawienia wolności. Takie sytuacje w świecie dokumentalistów to prawdziwa gratka, którą twórcy wykorzystali z nawiązką.

W filmie od początku na ekranie obecny jest Fielder. Nie było to zaplanowane, ale sama Holmes i jej partner, Billy Evans, zaczęli go wciągać do rozmów, a i on w pewnym momencie uznał, że musi aktywnie przeciwstawić się kreowanej przez nich wersji. A ja nie wyobrażam sobie tego filmu właśnie bez niego. Mam wręcz poczucie, że cała wcześniejsza twórczość przygotowywała go właśnie do tego tytułu. W „The Curse”, „Nathan for You” czy „Próbie generalnej” wykreował swoją charakterystyczną personę – wprowadzającą intrygującą niezręczność i nie tylko odtwarzającą rzeczywistość, ale właściwie aktywnie ją przekształcającą. Również w „Zobaczysz wszystko” wchodzi w tę rolę i korzysta z zabiegów znanych z innych produkcji, jak na przykład rekonstrukcje i fabularyzowanie dokumentu. Trudno bowiem traktować ten tytuł jako klasyczny dokument – w czym zresztą jest też autotematyczny, każąc nam zadać sobie pytanie o kreowanie rzeczywistości przez kamerę. 

„Zobaczysz wszystko” zaczyna się dość klasycznie, od rozmów Fieldera z Holmes, a także ze wspominanym Evansem. Po pewnym czasie orientujemy się jednak, że to nie jest zwykła próba demaskacji przestępczyni, a prawda w naszych oczach szybko się subiektywizuje. Im bliżej bohaterów jesteśmy, tym bardziej czujemy się zagubieni. Tak działają też bliskie kadry, charakterystyczne dla Oppenheima, który ponownie pracował ze swoim zaufanym operatorem Davidem Bolenem. Widzimy każdą pauzę, zawahanie, mikrogrymas na twarzy Holmes, co jest o tyle ekscytujące, że od początku przedstawiana nam jest jako specjalistka od wchodzenia w rolę. Z jednej strony te zbliżenia działają empatyzująco, a z drugiej – powinny być demaskujące, niczym materiał dowodowy. Tylko że to byłoby za proste.

Nie wiemy już, komu wierzyć – czyli tak, może widzimy wszystko, a nie wierzymy w nic. Manipulacja goni manipulację, a manipulator zmienia się w manipulowanego. Przestajemy być pewni, kto naprawdę kontroluje tę opowieść. I jest to na swój dziwny sposób porywające. To spektakl o ludzkiej naturze, o naszym pragnieniu sensacji, ale też jasnych osądów. Jako widzowie, ale też po prostu ludzie, rozpaczliwie szukamy czarno-białych rozwiązań. Jesteśmy głodni prawdy. Ostatecznie jednak sam Fielder mówił po ukończeniu filmu, że wciąż nie wie, co myśleć o części tego, czego doświadczył…

„Zobaczysz wszystko” to doświadczenie absolutnie kinowe. Już dawno nie widziałam tak skupionej publiczności, chłonącej każdą wymianę zdań i każdy detal na twarzy bohatera. Napięcie budowane jest jeszcze przed samym seansem – marketingiem i proszeniem o niespoilerowanie – a w trakcie filmu twórcy doskonale dobierają tempo, w odpowiednim momencie wciskając taki guzik, że nie tylko nie nudzisz się na trzygodzinnym dokumencie, ale zaczynasz wątpić w dosłownie wszystko, co widziałeś.

Fot. materiały prasowe / Gutek Film

Reklama