Michał Czernecki – Aktorzy Czują Sztuczność

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Alicja Pruszyńska: Dzień dobry. Ostatni dzień Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, a moim gościem jest Michał Czernecki. Michał, kiedy spotkaliśmy się miesiąc temu, pamiętam, że jeszcze nie do końca wierzyłeś, że rzeczywiście trafisz tutaj, na festiwal. A jednak jesteś. Udało się.

Michał Czernecki: Powiedziałem Tobie wtedy, że dopóki moja noga tutaj nie stanie, nie uwierzę. A jednak – stało się. Chociaż, żeby dodać kropelkę dziegciu do tej beczki miodu, przy okazji pytania o akredytację ponownie spektakularnie przekręcono moje nazwisko… Takiej wersji jeszcze chyba nie słyszałem. Być może chciano nawiązać do Mazurka Dąbrowskiego, nie wiem. Na liście figurowałem bowiem jako: „Czarniecki”. Możemy śmiało powiedzieć Michał Czernecki jest na Festiwalu w Gdyni. Incognito, pod innym nazwiskiem, ale jest.

Alicja Pruszyńska: Chciałabym zapytać cię o film, z którym ciebie tutaj zaproszono, czyli „Postój”. To produkcja prezentowana w konkursie Perspektywy. Dowiedziałam się jednak, że ty wciąż tego filmu nie widziałeś.

Michał Czernecki: Tak, dla mnie to również będzie premiera. Widziałem tylko tyle, ile było konieczne podczas postsynchronów, czyli naprawdę niewiele. Chyba jedną scenę w całości. Bardzo się cieszę, że zobaczę „Postój” właśnie tutaj, w Gdyni. Po tych kilku fragmentach, które miałem okazję zobaczyć, myślę, że jest na co czekać.

Alicja Pruszyńska: A na co konkretnie czekasz? Masz jakieś oczekiwania związane z odbiorem filmu albo ze spotkaniem z widzami?

Michał Czernecki: Chcielibyśmy – bo chyba zawsze towarzyszy nam taka intencja – stworzyć historię, za którą widzowie będą chcieli podążyć. Mam nadzieję, że udało nam się stworzyć postaci, z którymi mężczyźni, bo to jednak chyba bardziej męskie kino, będą mogli się utożsamić. Ufam też, że Widzów nie znudzimy. Może rozbawimy, może skłonimy do refleksji. 

Alicja Pruszyńska: A powiedz mi, co dla ciebie było najciekawsze w tym całym absurdzie? Twój bohater z pewnością trafia w dość absurdalną sytuację. Zresztą nie tylko on.

Michał Czernecki: Tak, każdy ma tam zły dzień. Który stopniowo zmienia się w jeszcze gorszą noc.

Alicja Pruszyńska: Tym bardziej że w tle rozgrywa się finał Mistrzostw Świata Polska-Brazylia.

Michał Czernecki: Każdy staje przed – podobnie jak ta nasza nieszczęsna reprezentacja – jakąś szansą i jakimś trudnym wyborem. W świecie przedstawionym mamy do czynienia z bardzo intensywną, momentami wręcz groteskową kumulacją zdarzeń i zderzeń międzyludzkich, często w sensie dosłownym. Jest to niezwykle wytężone 120 minut. Na boisku i poza nim. Wkradł się spoiler i już Państwo wiecie, że w spotkaniu na Narodowym będzie dogrywka.

Alicja Pruszyńska: Niesamowite, ile może wydarzyć się w ciągu jednego meczu. A tutaj dzieje się naprawdę sporo.

Michał Czernecki: Tak. I ta jedność czasu – miejsca już niekoniecznie – oraz akcji jest, moim zdaniem, bardzo ciekawa. To była jedna z najfajniejszych rzeczy w tym scenariuszu. Mecz nadaje mu wewnętrzny, podskórny rytm. Jesteśmy na bieżąco informowani, tak jak nasi bohaterowie, o aktualnej sytuacji na murawie.

Ekranowo film trwa około 90 minut, natomiast w świecie przedstawionym wydarzenia rozgrywają się przez 120 minut, właśnie ze względu na dogrywkę. Najbardziej podobała mi się w scenariuszu swoista narracyjna klamra: niemal cały czas jesteśmy prowadzeni przez głos wspaniałego Dariusza Szpakowskiego, który dodatkowo podsyca naszą uwagę. Nasi bohaterowie też nie dają nam czasu na stopniowe ich poznawanie, nie ma w filmie klasycznej ekspozycji. Wszyscy właściwie zaczynają z wysokiego emocjonalnego C. Napięcie z czasem tylko rośnie, zamiast opadać.

Ten świat jest też trochę portretowany w takim, powiedziałbym, starym stylu. W jednej z recenzji, którą czytałem, pojawiało się sporo nawiązań do światowego kina, a mnie ten film kojarzy się z dobrymi polskimi wzorcami kina fabularnego, także jeśli chodzi o dialogi.

Alicja Pruszyńska: Na przykład?

Michał Czernecki: Z Twórcami, na których sam się wychowałem. Myślę, że ich filmy w dużej mierze ukształtowały również wrażliwość i warsztat Adama Uryniaka. Jesteśmy z podobnego pokolenia, więc siłą rzeczy oglądaliśmy podobne rzeczy. W „Postoju” obecny jest Bareja, Piwowski, Gruza, ale także, w oczywisty sposób, Twórcy kina mniej komediowego, którzy składają się na tradycję polskiej narracji filmowej.

My, Polacy, potrafiliśmy zawsze umiejętnie podstawiać sobie samym krzywe zwierciadła, w których przez lata mogliśmy się przeglądać. I to spojrzenie nadal pozostaje aktualne. Myślę, że coś z tego jest również w naszym filmie.

Alicja Pruszyńska: „Postój” łączy czarną komedię z thrillerem, więc napięcie cały czas jest obecne. Trudno znaleźć taką równowagę?

Michał Czernecki: Trudno zapewne na poziomie konstruowania scenariusza, bo kiedy dostajesz już tak napisany tekst, gra się go wspaniale. Wielka zasługa Adama Uryniaka i Artura Michalika, którzy są współscenarzystami, że udało im się osiągnąć ten balans już na poziomie tekstu.

Alicja Pruszyńska: Jest balans i wyważenie. W jednych momentach widz się śmieje, w innych niemal łapie za serce i zaczyna współczuć bohaterom, szczególnie głównemu. Mam też wrażenie, że każdy z bohaterów konfrontuje się z jakąś formą ucieczki od rzeczywistości i podejmuje decyzje, również te błędne, które prowadzą go w niezbyt dobre sytuacje. Polubiłeś Mirka? Udało ci się go zrozumieć?

Michał Czernecki: Bardzo. Myślę, że właśnie postaci są jednym z elementów, które najbardziej podobają mi się w tym filmie. Nie są według  mnie przepsychologizowane. Bardzo tego nie lubię. Jako widz i jako aktor. Nie wiem, czy potwierdzisz moją tezę, ale uważam, że widz nie lubi być mądrzejszy od bohaterów, których ogląda. Tutaj chyba na szczęście nie ma takiej sytuacji. Oni, tak jak powiedziałaś, podejmują różne decyzje i popełniają błędy. Tyle że w momencie podejmowania decyzji, nie wiemy przecież jeszcze, że jest błędna. Po prostu ją podejmujemy i próbujemy radzić sobie z konsekwencjami. Oni również próbują jakoś mierzyć się z problemami, które ktoś albo oni sami na siebie sprowadzają. 

Nawet Grzybek, czyli postać grana przez Jacka Ombacha, staje przed jakąś szansą. Próbuje wyrwać się z czegoś, co już mu nie służy, co go zatrzymuje i ciągnie w dół. Robi to w chyba najbardziej nieprzewidywalny sposób – nie chcę zdradzać, jaki – trochę jakby rzucał kośćmi i oddawał swój los ślepemu przypadkowi.

Każdego z bohaterów ich decyzje prowadzą na rozmaite, rzekłbym używając metafory off-roadowej, życiowe szykany i odcinki specjalne, na które wjeżdżają jeden po drugim. Koziołkują na nich, doznają wstrząsów i kontuzji. Każdy jednak coś z tej sytuacji wynosi. Ten film nie jest jałowy, płynie z niego jakaś nauka. Gdybym miał ją w dużym skrócie streścić, być może brzmiała by tak: jeśli jesteśmy w takim momencie życia, w którym właśnie wjechaliśmy na wyboje, pamiętajmy, że po pierwsze one się kiedyś skończą. A po drugie – być może właśnie ta wymagająca i niewdzięczna trasa zaprowadzi nas w miejsce, do którego prostą i dobrze oświetloną drogą nigdy byśmy nie trafili. Zaufajmy sobie i drodze, która nas prowadzi.

Alicja Pruszyńska: Miałam wrażenie, że te postaci są bardzo prawdziwe. To zwyczajni ludzie, których widzimy wokół siebie, z którymi się otaczamy, a czasem po prostu sami nimi jesteśmy. Było w tym coś trochę smutnego, ale jednocześnie nie zostały w żaden sposób wygładzone na potrzeby filmu. Są bardzo prawdziwe, dosadne i dobitne.

Michał Czernecki: To dla nas duży komplement. Takie właśnie były założenia już na poziomie scenariusza. Podczas zdjęć nie chcieliśmy zrobić niczego, co przez nasze aktorstwo uczyniłoby te postaci niewiarygodnymi. Nie chcieliśmy, żeby „szeleściły papierem”. Scenariusz był precyzyjny i przemyślany, ale oczywiście spaprać można wszystko i zawsze – zwłaszcza w pracy z debiutującym reżyserem, który nie zawsze ma pewność co do kierunku, który obrał.

Praca z Adamem była bardzo owocna. Wydaje mi się, że charakteryzują go właściwe proporcje między pokorą a pewnością siebie. Kiedy trzeba było podjąć decyzję – czy iść w prawo, czy w lewo, zrobić mniej czy więcej – potrafił określić czego chce, a czego na pewno nie. W kwestiach, w których nie miał pewności, korzystał z naszego doświadczenia i aktorskiej intuicji. I to jest, moim zdaniem, ogromna wartość. Spotkałem debiutantów, którzy widzieli, że nie wiedzą, a usiłowali przekonać siebie i wszystkich na planie, że jest inaczej.

My, aktorzy, intuicyjnie wyczuwamy, kiedy ktoś próbuje udawać. I dzieje się to szybko. Taki człowiek startuje z przegranej pozycji. W przypadku „Postoju” mieliśmy poczucie, że naprawdę współtworzymy ten film. To była praca zespołowa, co nie zawsze zdarza się nawet przy dużych produkcjach. To może być równie dobrze przepis na katastrofę, jak i na sukces – konglomerat połączonych wrażliwości i męskich doświadczeń. Każdy z nas – prywatnie – jest mężczyzną na innym etapie życia. Myślę, że z tego połączenia powstała wiarygodna mieszanka. Z tego, co mówisz, wynika, że przynajmniej częściowo się to udało.

Alicja Pruszyńska: Chyba nawet wyświetliła mi się ostatnio rolka w twoich social mediach, w której odnajdujesz się w roli takiego starszego, bardziej doświadczonego kolegi.

Michał Czernecki: Ona jest oczywiście z ogromnym przymrużeniem oka. To nasze z Mikołajem Chroboczkiem wygłupy dla zabicia czasu oczekiwania na planie i „zresetowania” głowy. A mówiąc poważnie, nie jestem pewien, czy doświadczenie w naszym zawodzie, mówiąc kolokwialnie, więcej z nas zdejmuje, czy na nas nakłada. Wiele lat przed kamerą może oznaczać większą odpowiedzialność, odczuwalną presję. Skoro tyle już zrobiłem i spotkało się to z uznaniem, oczekuje się ode mnie, że będę bezbłędny, a każdy dubel będzie trafionym w dziesiątkę arcydziełem.

Dlatego uważam, że im dłużej pracuje się w tym fachu, tym więcej pokory trzeba w sobie mieć. I jednocześnie zachować coś, co pozwala traktować każdy dubel jak nową przygodę, nowe otwarcie. Nie wiem, jak to dokładnie nazwać. To chyba trochę przypomina radość odkrywania, którą mają w sobie małe dzieci. W tym zespole aktorskim było to możliwe. Miałem wspaniałych partnerów, którzy nie przyzwyczajali się do tego, co już udało nam się osiągnąć, i nie odcinali od tego kuponów. Skoro znaleźliśmy jedną drogę, w kolejnym dublu próbowaliśmy pójść inną. Nie wiem, czy to jest przepis na udany film. Na pewno jest to recepta na pełną satysfakcji i radości pracę na planie.

Alicja Pruszyńska: Powiedz mi, Michał, co ten film mówi o ojcostwie? Mam wrażenie, że wszyscy bohaterowie mierzą się z różnym podejściem do ojcostwa, przede wszystkim z odpowiedzialnością za drugiego człowieka.

Michał Czernecki: Tak, to prawda. Ten film jest pewnie trochę papierkiem lakmusowym naszych czasów, kiedy ojcostwo bierze się pod lupę i próbuje redefiniować. Patrzy się na nie z punktu widzenia psychologii, ale też przez pryzmat ojcostwa, którego jako pokolenie lat 70. czy 80. sami doświadczyliśmy. To bardzo ciekawy moment, żeby opowiadać o tym, co znaczy być mężczyzną i ojcem we współczesnych nam czasach. Każdy z twórców ma nie tylko własną tezę na temat ojcostwa. Wielu z nas ma osobiste doświadczenie niezbędne do tego, żeby taką opinię sformułować.

Myślę, że to film, który nie stawia diagnoz, tylko opowiada o możliwych drogach do podążania i wyborach do dokonania. O tym, czego jako potencjalni ojcowie czy ojcowie już praktykujący się obawiamy, o czym marzymy i co jest dla nas ważne. Z tej perspektywy jest to istotny głos w tej sprawie i taki który się nie przedawnia. Niezależnie bowiem od tego, kiedy ten film będzie oglądany – współcześnie, za dwadzieścia czy za pięćdziesiąt lat – zawsze będą ojcowie i synowie, którzy będą mogli z tym pojmowanym przez nas ojcostwem skonfrontować.

Alicja Pruszyńska: A było to dla ciebie duże wyzwanie aktorskie?

Michał Czernecki: Staram się, żeby każdy projekt był wyzwaniem. Jeśli kiedyś zauważę, że zaczynam o tym myśleć inaczej, będę mógł już powoli szykować się do aktorskiej emerytury.

Alicja Pruszyńska: Bo nie wiem, czy w którejś z dotychczasowych ról, które widziałam, pokazałeś się jako taki Michał…

Michał Czernecki: No to fajnie, cieszę się niezmiernie (śmiech). Decyzja o zaangażowaniu się w ten projekt wynikała z tego, że dawał mi możliwość wypowiedzenia się na temat, o którym wcześniej nie mówiłem w taki sposób. Przynajmniej na dużym ekranie, bo w serialach się zdarzało.

To było dla mnie bardzo nęcące – możliwość wypowiedzenia się właśnie w ten sposób, w ramach konwencji, która jest moją ulubioną. Nie jest do końca dramatem, nie jest też do końca komedią. To takie gatunkowe fusion, powiedziałbym. Uważam, że o sprawach poważnych, trudnych i bolesnych wcale nie trzeba mówić przyjmując pozycję ponurego, wszystkowiedzącego mentora. O sprawach i tematach, które dotyczą i dotykają nas wszystkich, warto mówić w sposób, który nie narzuca się widzowi. Tak, żeby refleksja przychodziła niejako w pakiecie z rozrywką. I to wydaje mi opcją właściwą – godną zaangażowania i uwagi.

Alicja Pruszyńska: A powiedz, co to kino mówi nam o młodym, nowym spojrzeniu na film? Nie bez powodu „Postój” znalazł się przecież w konkursie Perspektywy, który stawia na świeże spojrzenie. Wcześniej nawiązywałeś też do tego trochę dawnego kina Adama Uryniaka.

Michał Czernecki: Nie jest tajemnicą, że Adam, nasz reżyser, nie jest metrykalnie rzecz biorąc młodzieniaszkiem. Jeśli mówisz o świeżości spojrzenia, to w tym przypadku niekoniecznie wynika ona z wieku. 

Alicja Pruszyńska: Wynika w takim razie z odwagi? 

Michał Czernecki: Myślę, że tak. To ciekawa teza – że świeżość wynika z odwagi i z gotowości, żeby postawić siebie przed ważnymi pytaniami. Kino, które nie kosztuje twórcy niczego – kiedy scenariusz nie wymaga od niego refleksji, która była by dla niego samego wyzwaniem czy czymś bolesnym – ma chyba mniejszą wartość niż takie, które rzeczywiście konfrontuje twórcę z ważnymi dla niego  pytaniami.

Jeżeli te pytania są w scenariuszu i jego autor sam je sobie stawia, to zadaje je sobie również aktor, który nad nim pracuje, a później także widz. W innym przypadku chyba nie jest to możliwe. Jeżeli piszemy scenariusz tylko po to, żeby opowiedzieć historyjkę, z którą można objechać świat i festiwale, to moim zdaniem jest to licha motywacja i kruchy fundament, na którym wiele się nie zbuduje.

Wydaje mi się, że Adamowi przyświecała idea stworzenia uniwersalnej historii, którą sam chciałby zobaczyć w kinie jako widz. I z perspektywy człowieka, który najpierw przeczytał scenariusz, a potem zagrał w tym filmie, choć jeszcze go nie widział, mogę powiedzieć, że – przynajmniej w tych dwóch perspektywach, które znam – to się udało.

Alicja Pruszyńska: A życzyłbyś sobie, żeby takiego kina było w Polsce więcej? Takiego, które balansuje między różnymi gatunkami?

Michał Czernecki: No pewnie. Wydaje mi się, że właśnie w ten sposób warto teraz opowiadać. Oczywiście dramat ma się dobrze i będzie się miał dobrze. Filmy, które mówią o poważnych sprawach na poważnie, oglądają się i będą się świetnie oglądały. Ale ja lubię też takie komedie z zaskakującym i wartym refleksji dodatkiem, który mnie zaskakuje.

Gdybym miał wybrać swój ulubiony gatunek, byłby to pewnie taki, w którym moje emploi komediowe się przydaje, ale jednocześnie jego druga odsłona – poważniejsza, bardziej liryczna czy dramatyczna – również ma znaczenie. Mam poczucie, że w takim filmie jak „Postój” moje wykształcenie aktorskie, które odebrałem, było potrzebne w całości. Wszystko się przydało.

Alicja Pruszyńska: Trochę jak w teatrze – tam też jest sporo takich połączeń.

Michał Czernecki: Trochę tak. I myślę, że sposób, w jaki pracowaliśmy, był bliższy teatrowi niż temu, do czego przyzwyczaja aktora film czy serial telewizyjny. Jak na mikrobudżetową produkcję mieliśmy bardzo dużo prób. Naprawdę doszlifowaliśmy ten scenariusz. To, że Adam chciał przepracować go na sucho jeszcze przed wejściem na plan było próbą zabezpieczenia nas wszystkich – żebyśmy na plan weszli z naprawdę gotową do sfilmowania wersją tekstu.

Oczywiście, pewne poprawki już podczas realizacji wynikały z tego, że zastaliśmy inne miejsce albo musieliśmy, na przykład ze względu na budżet czy pogodę, zmienić lokalizację. Reagowaliśmy na bieżąco na to, co musiało się zmienić. Albo wybieraliśmy to, co ułatwiało inscenizację, lub skracało czas. Zamiast wnętrza łazienki mieliśmy na przykład miejsce przed toaletą. W tego rodzaju produkcji takie rzeczy są nieuniknione. Natomiast byliśmy przygotowani najlepiej, jak się dało: na poziomie tekstu, organizacji pracy i wzajemnego wspierania się – kto co wie, czego jeszcze nie wie, do czego potrzebuje dojść albo w czym potrzebuje wsparcia.

To był naprawdę wyjątkowo przyjemny plan. Także od strony produkcyjnej. Ekipa Under Ski Tower, Jagoda Leszko i Marysia Bartczak zadbały o rzeczy, które wcale nie są oczywiste przy mikrobudżecie. Naprawdę było to bardzo dobrze przygotowane. I chwała im za to.

Alicja Pruszyńska: A jak długo trwała cała produkcja?

Michał Czernecki: Nie chciałbym przestrzelić, bo nie pamiętam dokładnie, ale tych dni nie było bardzo dużo. Natomiast pod względem produkcyjnym, jeśli chodzi o to, jak byliśmy zaopiekowani i zadbani, była to najwyższa możliwa jakość.

Jest to istotne, biorąc pod uwagę niepełny budżet, ograniczoną liczbę dni i w zasadzie prawie wyłącznie zdjęcia nocne. Wszystko to zupełnie nie miało jednak wpływu ani na zaangażowanie, ani na jakość zaplecza produkcyjnego. A to są rzeczy, z których składa się nasza planowa rzeczywistość: jakość jedzenia, tzw. „mały catering”, to, czy jest gorąca kawa, czy herbata, transport, przepływ informacji etc. 

Alicja Pruszyńska: Nie każdy aktor z takim doświadczeniem jak ty zdecydowałby się na udział w takiej produkcji.

Michał Czernecki: Wiesz, byłem bardzo pozytywnie zaskoczony tym, jak dobrze przygotowany był ten plan i jak precyzyjnie, z jakim pietyzmem prowadziliśmy próby. Było ich dużo, więc naprawdę mieliśmy okazję dobrze „uzbroić” się do wejścia na plan.

Myślę, że dzięki temu zaoszczędziliśmy bardzo dużo czasu i energii. Oczywiście akurat czasu i tak nam z oczywistych względów brakowało. Pracowaliśmy w skrajnych temperaturach, zarówno, by tak rzecz ująć, przyrodniczych, jak i emocjonalnych. Ścigaliśmy się z zachodzącym słońcem, uciekaliśmy przed nadchodzącą burzą, warunki bywały trudne. Natomiast, i to na koniec chciałem podkreślić, sposób, w jaki „Postój” jest oświetlony, zasługuje na osobny akapit. Nasz mistrz oświetlenia, Łukasz Kaczmarczyk, dzięki swojemu talentowi, doświadczeniu, a niejednokrotnie iskierce wynalazcy, sprawił, że film w warstwie wizualnej prezentuje się lepiej niż dobrze. Mam nadzieję, że będą go Państwo mogli zobaczyć w kinach. A Tobie, Alicjo, dziękuję za rozmowę.

Fot. Karolina Nowaczyk

Reklama