Karolina Kołodziejczyk
Tegoroczne Halloween spędzałam w trasie. Wracaliśmy do domu — nomen omen — z moim chłopakiem po kilkudniowej tułaczce po Polsce. Z głośników leciała playlista „Spooky Season Vibes”, a ja, dla zabicia czasu, zaczęłam przeglądać TikToka. Od razu trafiłam na kilka materiałów komentujących tekst „Is Having a Boyfriend Embarrassing Now?” Chanté Joseph, opublikowany w brytyjskim Vogue kilka dni wcześniej.
Artykuł odbił się szerokim echem i zyskał rozgłos również na naszym polskim podwórku. Z pewnością przyczynił się do tego prowokujący tytuł, który i mnie zaintrygował. Czułam jednak, że musi być w tym coś jeszcze, skoro dochodziło do tego, że dziewczyny w komentarzach deklarowały rzucenie swoich chłopaków po przeczytaniu go.

Autorka stawia tezę, że obecnie singielstwo postrzegane jest jako znacznie bardziej cool niż bycie w heterozwiązku. Skupia się przede wszystkim na świecie wirtualnym i osobach określanych jako boyfriend-centered — takich, które po wejściu w relację szybko przejmują osobowość swojego partnera, czy może raczej zatracają własną, koncentrując się wyłącznie na celebrowaniu życia w związku. I faktycznie, podobnie jak Chanté, ja też przyznaję się do wyciszania osoby, które po nawiązaniu nowej relacji nie potrafią już mówić o niczym innym. Z jednej strony żyj i daj żyć innym, mają do tego prawo. Z drugiej – przez tyle stuleci posiadanie męża było postrzegane jako najważniejsze osiągnięcie w życiu kobiety i budziło społeczną aprobatę bez względu na okoliczności, że taka postawa rodzi we mnie bunt.
Podobne odczucia miałam, gdy czytałam niedawno „Dziewczynę z konbini”, świetną powieść japońskiej autorki Sayaki Muraty, w której główna bohaterka wymyka się panującym schematom – będąc po trzydziestce, nadal pracuje „dorywczo” (tak w Japonii określana jest praca w konbini, czyli tamtejszym sklepie spożywczym), nie miała nigdy partnera i nie dąży do jego posiadania, nie mówiąc nawet o dzieciach. Nie podoba się to jej koleżankom, siostrze czy rodzicom, a nawet znajomym z pracy. I chociaż wydawałoby się, że społeczeństwa zachodnie odchodzą powoli od takiego szufladkowania kobiet, to przecież konserwatywne nastroje (chociażby w USA) rosną na sile, a trend na bycie trade wife (tradycyjną żoną) ma się coraz lepiej. Jego zwolenniczki tak zresztą komentują artykuł Vogue’a: „it’s not (embarrassing) if you are with a provider man”.

W tekście Chanté pada też bardzo ważny cytat prowadzących podcastu Delusional Diaries: „Boyfriends are out of style. They won’t come back in until they start acting right”. Dla mnie to właśnie sedno sprawy – nawet istotniejsze niż sam bunt wobec społecznych oczekiwań wobec kobiet. Po publikacji omawianego artykułu w komentarzach pod materiałami go omawiającymi zaczęły pojawiać się liczne historie o tym, jak obrzydliwie mężczyźni potrafią traktować swoje partnerki. I tak, nie wszyscy. Ale bardzo, bardzo wielu, by nie wręcz o tendencji: do przemocy fizycznej, psychicznej czy ekonomicznej. Dzieje się to zarówno u naszej sąsiadki z bloku, jak i w Hollywood. Kiedy piszę ten tekst, właśnie pojawiły się doniesienia o skardze, którą miała wnieść Milly Bobby Brown w sprawie nękania przez jej kolegę z planu, a serialowego tatę, Davida Harboura. Tuż po tym, jak jego była partnerka, Lilly Allen, wypuściła nową płytę, w której bezkompromisowo podsumowuje ich relacje (miało w niej dojść między innymi do licznych zdrad).
W obliczu tego wszystkiego nic więc dziwnego, że coraz mniej chętnie dzielimy się w mediach społecznościowych nie tylko swoimi ulubionymi aktorami, lecz także samym związkiem – z obawy, że któregoś dnia mogłybyśmy się tego wstydzić. Robimy to jednak również w akcie kobiecej solidarności. Czy to nowa forma siostrzeństwa? Nie czyniąc partnera centralnym punktem naszego profilu, a pokazując również inne aspekty naszego rozwoju, wysyłamy komunikat: nieważne, czy jesteś sama – ważne jest to, co robisz ze swoim życiem. I, przede wszystkim: widzimy, co robią mężczyźni i mamy tego dość. A jest to narracja, która wielu mężczyznom się nie podoba, bo coraz trudniej jest im odnaleźć się w świecie, w którym nie są już koniecznością, lecz ewentualnością. Nie chodzi tylko o wizerunek, ale o realny spadek użyteczności mężczyzn w systemie społecznym: kobiety mogą żyć same i mieć do tego ekonomiczne środki.
W obliczu tego, że nie jesteśmy już skazane na łaskę lub niełaskę mężczyzn, nasze oczekiwania wobec wybranka rosną, a my, w końcu, przestajemy rzucać się na ochłapy. O tym pisze właśnie Chanté Joseph, narażając się oczywiście na krytykę nie tylko skrajnej prawicy czy mężczyzn, ale też wszystkich zwolenniczek pop-feminizmu, w którym raczej głaskamy się po głowach, niż dążymy do realnej zmiany. A przecież by do niej doszło, trzeba czasem powiedzieć coś niewygodnego.
Fot. pexels.com


