Jacek Paśnik to młody twórca, który w tym roku debiutuje książką “Dzieci” – historią o dorastaniu w dobie kolorowych szyldów, raczkującego kapitalizmu i wszechobecnego kuriozalizmu. W rozmowie z Mają Swakowską opowiedział swoją HIStorię literacką.
Googlując Cię w internecie natrafiłam na Twoją facebookową stronę. Kim są, widniejące w jej tytule, Dzieci Neo?
Strona powstała dobre 6 lat temu. Od tego czasu zaszło w niej wiele ewolucji, które warunkowane były moim dorastaniem. Nazwałem ją kiedyś archiwum dorastania okolic 97 roku, dlatego, że to właśnie mój rocznik. Jest on na tyle specyficzny, że metrykalnie trudno mnie sklasyfikować. Poniekąd łapię się na bycie Millennialsem, ale jako że urodziłem się w drugiej połowie lat 90., to zaliczyć mnie można także do Gen Z. Gdzieś w tym rozbiegu klasyfikuję Dzieci Neo. Przede wszystkim to osoby, które dorastały wraz z rozwojem sieci w Polsce. W ramach powiększającego się grona Internautów zaczęto odróżniać Dzieci Neostrady — te niedojrzałe, nieprzystosowane do internetowej netykiety (swoją drogą —czy w ogóle jeszcze istniejącej?).
Moje doświadczenie bycia Dzieckiem Neo to patrzenie na monitor zza ramienia mojego starszego kuzyna — Millennialsa, który z komputerem obcował bardziej świadomie. Uczyłem się tego od niego.
Strona ewoluowała wraz z Twoją twórczością. Czy miało to związek z planami na stworzenie książki?
Strona była dla mnie pewnego rodzaju kwerendą do książki, ale o tym dowiedziałem się nieco później. Na początku była dla mnie zbiorem czysto nostalgicznych kadrów, bardzo często nieprzemyślanych. Zresztą do dzisiaj niejednokrotnie zdarza się, że strona na chwilę staje się moją przestrzenią do beztroskiego shitpostu (i pewnie się to nie zmieni!). Traktuję ją przede wszystkim jako arenę moich kreatywnych działań. Wrzucam coś powstałego w przypływie chwili, ale często jest to zapowiedź czegoś większego, dłuższej formy. To bardzo punktowe pisanie, ściśle powiązane z obrazem. Zaczynam od pojedynczych linijek, często impresji wokół kadrów. Później to się rozwija i pęcznieje. Wypadkową tego działania jest w pewnej części moja książka.

Twoja książka, która jest silnie osadzona w kulturze i rzeczywistości lat 2000. Skąd wzięła się fascynacja tymi latami?
Dla mnie najbardziej intrygującą kwestią w ramach tych lat jest to, jak bardzo są bliskie, a jednocześnie dalekie w swojej niepokojącej atmosferze. Z jednej strony możemy o nich powiedzieć, że był to już pewnego rodzaju świadomy kapitalizm w Polsce i dołączyliśmy do grupy państw, które w tym kapitalizmie się poruszały. Mimo wszystko milenijny świat był pełen nadal kuriozalnych elementów. Chociażby wygląd miast z charakterystyczną szyldozą albo krzykliwy branding produktów. Lata 2000 w Polsce kojarzą mi się z turbokapitalistyczną epoką Reagana w Stanach Zjednoczonych, często parodiowaną przez popkulturę. Są one dużą przestrzenią dla ironii, do wymyślania i eksperymentowania. Pamiętam je oczami dziecka, co daje mi dodatkową możliwość wymyślania tych czasów na nowo i odkrywania ich.
Wyszło Ci wyjątkowo realistycznie, ponieważ ja sama, czytając ,,Dzieci” odblokowałam mnóstwo wspomnień ze swojego dzieciństwa. Czy uważasz, że osoby niemającego tego doświadczenia, mają szansę poczuć i zrozumieć ten niepokój opisywany w książce?
W tej książce widzę przede wszystkim uniwersalność w postaci dorastania. Starałem się tam uchwycić różne jego punkty. Historię, która jest przedstawiona w dzieciach miałem w głowie od dawna i mniej więcej wiedziałem, jak będzie wyglądała.
Samo pisanie to było zbieranie skrawków. Ogromną część tej książki napisałem w telefonie. Siedziałem wtedy dość dużo w domu i godziłem pracę z pisaniem. Lokowałem w słowa rzeczy, które wpadały mi do głowy, więc można powiedzieć, że to pisanie było z początku bardzo anegdotyczne. Osoby, scenki, elementy scenografii — myślę, że sztafaż to istotny element tej książki. Wszystkie te rzeczy, które dzieją się obok akcji, istotne symbole doświadczenia dorastania.
Kiedy rozmawialiśmy w wydawnictwie wokół książki, padło sformułowanie, że jest to rzecz chłopacka. Rzeczywiście — chłopcy stanowią pierwszy plan postaciowy książki.
Jednak jej głównym tematem jest dorastanie — z perspektywy pamięci — uniwersalne doświadczenie niezależne od płci czy pokolenia.
Słysząc, że jest to chłopacka opowieść, od razu nasuwają mi się zagadnienia dorastania chłopców wśród ciążących na nich stereotypów, które, w tamtym okresie, były widoczne i spełniane. Jacy są chłopcy w ,,Dzieciach” i czy wpisują się w ten model?
Chłopcy w „Dzieciach” są bardzo zagubieni i zawieszeni w stereotypach: płciowych, społecznych czy gospodarczych, a przejście przez dorastanie utrudniają im w szczególności te pierwsze. Wchodzenia w dorosłość mogą uczyć się od dziewczyn.
Zastanawiam się, ile wątków autobiograficznych możemy odnaleźć w tej historii? Czy utożsamiasz się z głównym bohaterem?
To zabawne. Bardziej niż z nim utożsamiam się ze wszystkimi innymi bohaterami. Bierność Teodora nie do końca do mnie przystaje. W książce jest on głównie obserwatorem wydarzeń, które dzieją się wokół niego.
W „Dzieciach” najbardziej autobiograficzne jest dla mnie miejsce akcji. Bardzo dużo jest tam osiedla, na którym dorastałem – nazwałbym je parkiem tematycznym pod tytułem „życie klasy średniej w Polsce w trakcie transformacji ustrojowej”. Teodor dorasta na osiedlu zbudowanym wokół szpitala po przemianach polityczno-gospodarczych. To miejsce jawiące się jego rodzicom jako swojego rodzaju idylla, w której można znaleźć wymarzone życie.
Myślę, że też dorastałem w takim miejscu. Mój blok z dzieciństwa to niemalże blok Teodora – postmodernistyczna architektura wyglądająca, jakby ulepiono ją z marcepanu: bryły z balkonikami, wieżyczkami i tralkami.

Prowadzimy tę rozmowę na kilka dni przed premierą. Jakie uczucia towarzyszą Ci w związku z tym wydarzeniem? Pojawiają się w Tobie pewne obawy na temat tego, jak książka może zostać odebrana?
Towarzyszy mi naturalny jest lęk przed przyjęciem się tekstu. Nieważne czy piszę krótsze, czy dłuższe formy. Nie mam akademickiej wprawy w pisaniu, a moim kompasem literackim są moi czytelnicy i ich opinie. To one są dla mnie sygnałem, że moje pisanie ma sens i warto to robić. Mam pewne obawy w kontekście tego, jak książka zostanie odebrana i w jaki sposób zostanie poddana interpretacji.
Nie chciałbym, żeby nadawano jej miano opowieści o pokoleniu. „Dzieci” to wycinek pewnego świata i jego remiksy, nie pokoleniowa diagnoza.
Co dalej z Twoją literacką karierą? Masz już jakieś pomysły lub plany związane z kolejnymi książkami?
Mam nadzieję, że dużo dobrych rzeczy może wyjść z mojego opowiadactwa. Jeśli chodzi o książkowe plany, chciałbym stworzyć historię, dziejącą się w świecie choć realistycznym, to od tego opowiedzianego w ,,Dzieciach”, z mojej perspektywy, bardziej fantastycznym. Powoli, nieśmiało jeszcze w niego wnikam. Zaczynam od kolekcjonowania związanych z nim materiałów i chłonę jego folklor. W moim pisaniu największą przyjemność sprawia mi poznawanie i opowiadanie sobie świata.
Myślę, że wciąż chciałbym pisać także krótsze formy. Pisanie opowiadań traktuję jak pewnego rodzaju rozgrzewkę przed większymi formatami i te mikroopowieści cieszą mnie tak samo. Nic nie cieszy mnie tak, jak opowiadanie historii.

Czy masz jakieś rady, dla młodych autorów, którzy piszą do szuflady? Jak się przełamać?
W tym momencie chciałbym bardzo serdecznie pozdrowić mojego sąsiada scenarzystę. Wchodząc w pisanie, często przyłaziłem do niego z moimi przeróżnymi tekstami —opowiadaniami, publicystyką, próbami scenariopisarskimi. Kiedy uznawał je za dobre, przyznawał to. Jak były złe, nie mówił wcale. Często nie mówił wcale. Na koniec każdą z moich wizyt komentował tak samo: „pisać, pisać i pisać”. To moja jedyna rada. Piszcie i skromnie, w swoim tempie, odsłaniajcie się przed światem.


