„Raz przeczytałam na Instagramie, że jestem aktorką i nie powinnam się wypowiadać w jakiejś tam sprawie. Ale ja jestem przede wszystkim człowiekiem”
Teatr to jej dom, ale coraz pewniej czuje się w filmie i telewizji. Kiedy śpiewa, publiczność zamiera, czekając na ostatni oddech, by zacząć bić brawo. Działa charytatywnie, wspierając m.in. organizacje prozwierzęce, nie unika zabierania głosu w kwestiach społecznych jak choćby prawa kobiet czy mniejszości. Jej kariera nabrała ostatnio dużego rozpędu – kilka miesięcy temu na Gdyńskich festiwalu był jej film „1:11”, aktualnie można oglądać ją w serialu „Behawiorysta”, gdzie towarzyszy Robertowi Więckiewiczowi. Wciąż zdarza się, że ktoś na ulicy powie do niej „pani Wiktorio” – to zasługa wieloletnich występów w „Na dobre i na złe” – mimo, że z rolą pożegnała się ponad dwa lata temu. „Energia w naczyniach jest policzalna. Jeżeli nie zrobi się miejsca na coś nowego, to tego miejsca nie będzie” – mówi. Przed państwem Katarzyna Dąbrowska.
Anna Tatarska: Bardzo mi jest miło przywitać Cię w naszym studiu Anywhere TV w Fabryce Norblina. Spotykamy się jakiś czas po świętach. W naszym kraju to jest czas radosny, ale też trochę trudny, potencjalnie traumatyczny jeżeli chodzi o spotkania rodzinne… i żołądek. Jak to u Ciebie wygląda?
Katarzyna Dąbrowska: Tuż po świętach miałam wrażenie, że się tutaj przyturlam, po tych wszystkich plackach i ciastach. Ale udało się normalnie przyjść. Mam się doskonale, święta od lat spędzam na Mazurach, w skromnym, rodzinnym gronie, więc chyba już się nauczyliśmy spędzać święta razem.
Śpiewacie przy wigilijnym stole?
Mnie się zdarza zanucić kolędę, ale przyznam, że rodzinnie nie śpiewamy.
Pytam, bo widzowie kojarzą Cię głównie jako aktorkę, ale Ty masz na koncie bardzo udaną karierę muzyczną, którą równolegle rozwijasz.
W pierwszej kolejności czuję się aktorką i tak się identyfikuję zawodowo. Ale rzeczywiście muzyka to jest taka równoległa pasja, która zaczęła się bardzo, bardzo dawno temu. Skąd, gdzie, dlaczego – nie wiem, ale zawsze śpiewać lubiłam. Może ma to związek z tym, że bracia mojej babci od strony taty wspaniale śpiewali tradycyjne przyśpiewki, piosenki i to na mnie robiło piorunujące wrażenie. Śpiewali na głosy, co było rzadkością. Tradycja wspólnego biesiadowania i śpiewania przy tym biesiadowaniu była u nas żywa.
Wiele osób lubi sobie nucić pod nosem, przy gotowaniu czy pod prysznicem, ale jest ogromna różnica między śpiewaniem dla siebie, a wyjściem z tym głosem na scenę. Nawet na poziomie przedszkolnym te występy potrafią być traumą. Pamiętasz taki moment, w którym zdałaś sobie sprawę, że Ty lubisz wychodzić przed ludzi i występować?
Nie pamiętam takiego konkretnego momentu, bo zawsze to lubiłam. Mam jeden taki „zapamiętywalny” moment, kiedy sama napisałam piosenkę od początku do końca, wymyśliłam jej tekst, melodię. To była trzecia klasa podstawówki, piosenka na jakiś apel, w związku z dniem wiosny… Pamiętam, że sama się zgłosiłam, że chcę zaśpiewać. Ona była bardzo ekologicznie zaangażowana, o tym, żeby nie zaśmiecać ziemi, lasów i leśnych dróg. Ja jestem ze schyłku wyżu demograficznego, tych klas w naszej podstawówce było sześć, od A do F, Tryb dwuzmianowy, korytarze pełne dzieciaków… Nie wiem, skąd się brał taki poziom odwagi, żeby wyjść z tym przed pozostałe klasy.
Jak to się zadziało, że niewinna dziecięca pasja przeobraziła się w zawodową ścieżkę?
Jako dziecko, jeszcze jak mieszkałam w Nidzicy, chciałam pójść do szkoły baletowej i muzycznej, ale takich szkół nie było. Marudziłam, marudziłam i w końcu poszłam do domu kultury. Najpierw do sekcji teatralnej, potem do wokalnej. Trafiłam na świetnych ludzi, z którymi do dzisiaj mam kontakt. Niestety w tym roku zmarł Jacek Goryński, mój teatralny instruktor. Ogromna strata. Pamiętam, że zajmowali się nami ludzie, którzy mieli ogromną pasję do pracy z młodymi. Jacek robił z nami teatr amatorski, kabaret. Robiliśmy Gałczyńskiego, „Zieloną Gęś”, naprawdę fajną literaturę. Zajmowaliśmy się programami estradowymi, robiliśmy muzyczne składanki. Oprócz tego chodziłam na zajęcia wokalne z Marcinem Bukowskim i w ten sposób sobie rekompensowałam brak szkoły muzycznej. W liceum były jakieś konkursy recytatorskie, wokalne i marzenie, że może uda się z tej pasji zrobić zawód, coś, na czym się da zarabiać pieniądze. Że super byłoby, gdyby moja praca to była moja pasja.
Od początku czułaś, że jesteś w tym dobra?
Na scenie czułam się kimś kompletnie innym. W życiu byłam zakompleksioną dziewczynką z małego miasteczka, z rudymi włosami, piegami i niewierzącą w siebie kompletnie..
Rude włosy to był problem? Szydzono z Ciebie?
Oczywiście. Marzyłam o tym, żeby obudzić się jako brunetka, blondynka, cokolwiek innego. Jako dziecko wiecznie dostawałam przezwiskami – że ruda, że wredna lisica. Walczyłam z kompleksami, a scena była miejscem, gdzie mogłam być każdym i gdzie się raptem wyswobadzałam z tych kompleksów. Wychodziłam na scenę i łapałam uwagę widzów. Miałam takie poczucie: „wow”, to coś, co potrafię, w czym jestem dobra. Jak śpiewam, to wybrzmiewają ostatnie sekundy i dopóki ja się nie poruszę, to widownia razem ze mną wstrzymuje oddech. Dopiero jak ja odpuszczam, oni zaczynają bić brawo. To były magiczne, wspaniałe momenty i później chciałam tego więcej i więcej, to było jak narkotyk. Miałam taką wizję, że na scenie mogę być każdym. Że mogę przeżyć życie, szukając wcieleń i razem z nimi przeżywać różne rzeczy. Niesamowita perspektywa.
Jesteś aktorką teatralną, współpracujesz z Teatr
em Współczesnym, ale też regularnie pojawiasz się w telewizji i filmach. Jaka jest różnica między sceną a koncertem czy teatrem, gdzie odzew publiczności jest właściwie natychmiastowy?
Dla mnie to są dwie różne prace. Narzędzia warsztatowe, które zbieram w jednym miejscu, wykorzystuję w drugim. Ale teatr jest miejscem codziennym, z którym się identyfikuję. Jestem na etacie we Współczesnym od 14 lat, przy przygotowywaniu kolejnych spektakli mamy miesiące na to, żeby uzyskać jakiś efekt, żeby dobrać się do roli, znaleźć środki, żeby to zagrać. To jest komfort mylenia się, znajdowania, odrzucania. Praca w filmie, serialu musi być szybsza. Na szczęście polski show biznes i biznes filmowy się powoli otwiera na to, żeby aktora poinformować „będziesz grał w tym filmie za pół roku albo za rok i musisz się do tej roli przygotować”.
A przez lata to była relacja… nie chcę powiedzieć: „przemocowa”, ale myślę, że w pewnym sensie jednak tak… Była presja, oczekiwanie natychmiastowej gotowości, brak czasu na fizyczną transformację, która byłaby do takiej roli wskazana. Aktorzy wciąż najczęściej noszą peruki, bo robią dziesięć rzeczy naraz a w każdej mają inaczej wyglądać. Cieszę się, że to się troszkę zmienia.
Na szczęście! A wracając do tego, o czym mówiłaś wcześniej, to w filmie kontakt z widzem rzeczywiście kompletnie nie istnieje, pojawia się dopiero po bardzo długim czasie. Zdjęcia do „Behawiorysty” skończyłam w czerwcu 2021, premierę mieliśmy pół roku później. A przecież aktorzy są trochę jak zwierzaki, bardzo podatni na uwagę drugiego człowieka.
Potrzebują, żeby ktoś ich czasem pogłaskał.
Tak. Z drugiej strony ktoś na tym planie jednak jest. Kilkoro ludzi za monitorem, reżyser, producent, dziewczyny czy chłopaki od mejkapu albo kostiumów. Ktoś, dla kogo jednak my to cały czas robimy, taka skromna widownia. Bardzo często obserwuję, że jakaś scena zrobiła na nich wrażenie i to jest mega. Są momenty, w których ktoś mrugnie zza kamery czy szepnie po zakończeniu sceny „to było super”. I też są reżyserzy, którzy kochają aktorów i wiedzą, że nas trzeba czasami pogłaskać i poprowadzić ścieżką z uważnością na nasze emocje.
Jak zaczęłam Cię googlować, znalazłam całą masę artykułów, gdzie było napisane „znana z ukochanej roli Wiktorii Consalidy”, „nasza Wiktoria wyszła za mąż”. Chodzi o postać, którą przez kilka lat grałaś w serialu „Na dobre i na złe”. Ludzie często zlepiają was w jedno. Jaka jest Twoja relacja z tą rolą?
Zakończyłam swoją współpracę z serialem w 2019 roku właśnie dlatego, że czułam, że wystarczy. Że się męczę i męczą się scenarzysty. Podejmowanie tej decyzji trwało. Wiadomo, serial to stabilizacja, stała praca, bezpieczeństwo. Ale ja stwierdziłam, że koniec, że nie mogę za tym iść, bo potrzebuję nowych rzeczy, nowych ról. Potrzebowałam się odciąć, żeby wyzerować tę energię. My, aktorzy, jesteśmy trochę jak naczynia. Energia w naczyniach jest policzalna. Jeżeli nie zrobi się miejsca na coś nowego, to tego miejsca nie będzie.
Wszystko wskazuje na to, że to była dobra decyzja. Przez ostatni rok, mimo trudności pandemicznych, byłaś z filmem na festiwalu w Gdyni, później zadebiutował „Behawiorysta”. A przy tym wszystkim w tej swojej obecności publicznej znajdujesz przestrzeń, żeby mówić o rzeczach, które są dla Ciebie istotne, kwestiach społecznych, światopoglądowych, zdrowotnych. To ważna część Twojego DNA jako osoby publicznej?
Wydaje mi się, że to się naturalnie pojawiło i naturalnie się dzieje kiedy mam poczucie, że w jakiejś sprawie trzeba zabrać głos. Nie wolno się bać swoich poglądów. Raz przeczytałam na Instagramie, że jestem aktorką i nie powinnam się wypowiadać w jakiejś tam sprawie. Ale ja jestem człowiekiem przede wszystkim, aktorstwo to jest mój zawód. Nie rozumiem, dlaczego swoje poglądy może wyjawić prawnik czy pani na kasie, a ja muszę zamilknąć. Jeżeli będzie to przeszkadzało w odbieraniu mnie na ekranie, to trudno, ale ja się nie mogę wyjałowić z mojego „ja”. Tym bardziej, że mam wrażenie, że w niektórych naszych poglądach cofamy się o stulecia. A przykład kwestie kobiece. Żyjemy w XXI wieku i dosyć się nacierpiałyśmy, nie należy nam tych cierpień dokładać! Zamiast się dokształcać, słuchać autorytetów, w ogóle te autorytety mieć, to je obalamy. Ja nie doradzam, nie mówię, jak kto ma żyć. Nie wypowiadam się na tematy, o których niewiele wiem. Ale będę mówić ludziom, że powinni słuchać lekarza, że nie można krzywdzić drugiego człowieka tylko dlatego, że jest inny.
Ja zawsze noszę ze sobą taki cytat, który złapałam w trakcie rozmowy z Meryl Streep: „zawsze jest tak, że jest jeden krok do tyłu, a potem dwa do przodu”. Czyli powoli, ale jednak postęp. Dziękuję Ci bardzo, że do nas przyszłaś i mam nadzieję, że „Behawiorysta” będzie w topie 2022!
Też mam taką nadzieję i zachęcam wszystkich do oglądania, bo myślę, że wyszedł nam naprawdę ciekawy serial.
Fot. Łukasz Dziewic





























