Od kiedy o Sally Rooney zrobiło się głośno za sprawą „Normalnych ludzi”, nie da się recenzować jej książek bez jasnej deklaracji – do wyboru jedna z dwóch: Nie rozumiem fenomenu Rooney. / Pochłaniam od razu wszystko, co wyda! Uczciwie więc przyznaję, że jestem w tej drugiej grupie, ale nie zupełnie bezrefleksyjnie. Przeciwnie – po każdą kolejną powieść sięgam z coraz większym lękiem, że nie dowiezie tych emocji, które czułam przy „Normalnych ludziach”. Ale uwaga, spoiler, odetchnijmy spokojnie. Mamy w końcu godnego następcę i nosi tytuł „Intermezzo”.
W najnowszej powieści autorka za punkt wyjścia stawia relację braci, Ivana i Petera, którzy próbują dojść do siebie po niedawnej stracie ojca. Jego śmierć każe im zakwestionować celowość własnej drogi, mamy więc tu kilkaset stron analizy życiowego zagubienia – i to tego, którego doświadczamy zarówno w wieku 22 lat, jak i 35 lat. Obaj bracia wikłają się w romantyczne relacje, których niekonwencjonalność pociąga za sobą określone skutki. Skutki, których czasem bohaterowie nie dźwigają, zwłaszcza starszy z nich, Peter. Powszechne zagmatwanie dotyka również i ich stosunków, co akurat jest dla mnie właściwie najsilniejszym wątkiem. A z pewnością najbardziej wzruszającym.
Lubię to, jak w tym kontekście Sally gra symboliką domu rodzinnego – kiedyś miejscem żywym, początkiem braterskich relacji, po śmierci taty – namacalnie pustym, aż w końcu obiektem kulminacji zdarzeń, powrotem do początku, ale pisanego na nowo. „Intermezzo” daje nam dokładnie to, czego możemy się spodziewać po Sally: dobrze zarysowanych bohaterów, których stawia w sytuacji granicznej. Zmusza ich do zmiany, a my z zaintrygowaniem obserwujemy, w którą stronę zmierzą.
To, co przydarza się braciom, nie jest niesamowite, nie jest niecodzienne. Tak, jak ostatecznie wszyscy, muszą oni zmierzyć się ze stratą – tą całkiem namacalną w postaci śmierci ojca, ale też tą potencjalną, gdy wchodzą w relacje niekoniecznie skazane na happy end. I zwłaszcza z tym łatwo się utożsamić, zadając sobie podczas lektury podobne pytania jak Ivan – czy w życiu bardziej chodzi o momenty, czy może każdy, komu poświęcamy czas, powinien być tym rozsądnym wyborem, tym, który zostaje na dłużej. Sally nie daje nam jasnych odpowiedzi, ale nie po to ją czytamy.

To, co wydawało mi się jednak mało pasujące do całości, to zakończenie. Nie chcę spoilerować, ale miało dla mnie zbyt wygładzony charakter. I w pewnym sensie rozumiem, z czego ono wynika: w powieściach Rooney bohaterowie mają ewidentne problemy z komunikacją i oto w „Intermezzo” dostajemy to, czego chcieliśmy – okazuje się, że wystarczy w końcu ze sobą pogadać. No tak, powtarzaliśmy Ci to Sally od pierwszej powieści, a jednocześnie… nieporozumienia wzruszają chyba jednak bardziej niż zgoda. Przynajmniej mnie.
I chociaż mam też mały niedosyt kobiecej perspektywy (w „Intermezzo” to bracia grają pierwsze skrzypce, a dokładne motywacje i potrzeby Margaret, Sylvii i Naomi pozostają w sferze domysłów), to może dzięki temu z jeszcze większą niecierpliwością czekam na kolejną powieść Rooney.


