Zofia Rojek, kuratorka wystawy „Niewidoczne. Historie warszawskich służących” w rozmowie z Aleksandrą Trednak opowiada o życiu międzywojennych pracownic domowych oraz o współczesnym znaczeniu tego słowa.
Na historii nie słyszy się o służących w Warszawie, które stanowiły tak duży procent społeczeństwa. Dlaczego historycy latami spychali w cień ich historię?
Dlatego, że klasa ludowa jest od lat całkowicie wypierana z historii. Uznaje się, że na bieg wydarzeń mieli wpływ tylko bogaci, wpływowi mężczyźni: politycy lub dostojnicy kościelni. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że historia jest pisana przez tzw. „wybitnych ludzi” i dotyczy głównie wielkich wydarzeń politycznych. O codzienności się zapomina – opowiada się o niej zazwyczaj przez statystyki. Ponadto, zachowane świadectwa służących należą do rzadkości, przez co bardzo trudno jest wpisać życie pracownicy domowej w obowiązujący kanon. One same nie uznawały swojego losu za interesujący na tyle, by go opisywać, często też były analfabetkami.

Od kilku lat podejście do pisania dziejów osób z nieuprzywilejowanych grup społecznych zaczyna się zmieniać, głównie za sprawą badaczy i badaczek związanych z innymi niż historia dyscyplinami: kulturoznawstwem, antropologią czy socjologią. Krytycznie przyglądają się polskiej historii i starają się ją pokazywać z innej perspektywy.
Obraz służących kojarzymy poprzez takie filmy jak “Służące”, gdzie gra Emma Stone i przedstawia ich sytuację w Stanach Zjednoczonych. Nigdy nie pomyślałam o tym, że w Polsce może być podobny zawód.
Praca służącej była najbardziej powszechnym zawodem dla kobiet pracujących poza rolnictwem w całej Europie. W Warszawie blisko 20 proc. wszystkich osób pracujących stanowiły właśnie służące. W Paryżu, na początku 1914 roku osób pracujących w sektorze służby domowej było aż 200 tysięcy. Tak samo liczne grupy służących pojawiały się w innych częściach naszego kontynentu, więc to był naprawdę niezwykle popularny zawód, ale o nim się zapomina.

W czasie oglądania wystawy i fragmentu poświęconemu relacjom służących z panami, nasunęło mi się pytanie, czy w Polsce mężczyźni także pracowali w tym zawodzie?
Tak, zazwyczaj pełnili funkcję dozorców kamienic. Procentowo stanowili właściwie ułamek: blisko 98 proc. wszystkich osób pracujących w sektorze służby domowej to kobiety. Popularne wyobrażenie na temat złożonej, hierarchicznej struktury służby, które możemy znać z angielskich seriali ma niewielki związek z sytuacją służących w międzywojennej Warszawie. Najczęściej zatrudniano jedną pracownicę „do wszystkiego”. Oczywiście były wyspecjalizowane służące: kucharki, niańki i mamki, ale zatrudniano je zdecydowanie rzadziej.
Na jednej ze ścian drugiej sali wystawy przedrukowałyśmy ogłoszenia o pracę z działu „służba domowa”. Wśród wielu ogłoszeń kobiet tylko dwa zostały opublikowane przez mężczyzn. Jedno z nich bardzo mnie porusza: „lokaj młody, z dobrym gotowaniem, może zająć się całym gospodarstwem”. Wydaje mi się szczególnie ważne – młody mężczyzna musiał być na tyle głodny i spragniony pracy oraz mieszkania, że wyszedł poza genderowe ograniczenia własnej płci.
To musiało być pewnie dla niego trudne ze względu na pozycję społeczną i przekonanie, że mężczyźnie nie wypada robić takich rzeczy, jak pranie lub sprzątanie, a mimo wszystko do niektórych obowiązków była potrzebna męska siła, jak na przykład do froterowania lub mycia okien.
Zainteresowanie mężczyzn pracą domową było uznawane za śmieszne i niestosowne. Uważano, że mężczyźni nie powinni się zajmować sprzątaniem czy gotowaniem.

Jestem bardzo ciekawa, ile trwały prace nad przygotowaniem tej wystawy?
Zbieranie materiałów, tworzenie ekspozycji i wybieranie obiektów trwały łącznie dwa lata. Robienie wystawy o grupie społecznej „bez historii”, o której praktycznie nie ma źródeł jest naprawdę bardzo trudne.
Domyślam się, że znalezienie chociażby takich fartuszków po służących musiało być trudne.
Jeden z nich znajdował się w zbiorach Muzeum Warszawy, dwa kolejne wypożyczyłyśmy z Muzeum Śląskiego w Katowicach. Tak naprawdę w zbiorach muzealnych znajduje się wiele przedmiotów, które są związane z życiem i pracą służących, ale nie są pod tym kątem opisywane i badane. Symbolicznie usunęliśmy służące nawet z przestrzeni języka. Długo szukałam elektrycznego dzwonka na służbę: okazało się, że taki obiekt znajduje się w naszych zbiorach, ale opisany – jak najbardziej trafnie – jako „numerator”. Odszukanie przedmiotów bezpośrednio związanych ze służbą domową było najcięższym zadaniem w czasie kompletowania eksponatów na tą wystawę.
Co Panią zainspirowało do stworzenia tej wystawy?
Kilka lat temu dowiedziałam się, że moja praprababcia była służącą i pracowała w Warszawie. Zaczęłam badać rodzinną historię, chciałam dowiedzieć się więcej na temat grupy zawodowej, do której należała moja przodkini. Trafiłam na dwie fantastyczne książki o służących – „Służące do wszystkiego” Joanny Kuciel-Frydryszak i „Instrukcja nadużycia. Służące w XIX-wiecznych polskich domach” Alicji Urbanik-Kopeć. Książki wyszły w podobnym czasie, na przełomie 2019 i 2018 roku. Wtedy też zaczęłam pracować w Muzeum Warszawy i zobaczyłam, jak wiele przedmiotów codziennego użytku znajduje się w muzealnej kolekcji. Postanowiłam ułożyć z nich opowieść o służących.

Kariera służącej zaczynała się w bardzo młodym wieku jednak, kiedy się kończyła? Jak potem toczyło się ich życie?
Służące zazwyczaj odchodziły z zawodu około trzydziestego roku życia, czasami nawet wcześniej. Mimo restrykcyjnych ograniczeń niekiedy udawało im się poznać partnera. Wychodziły za mąż i od tego momentu zajmowały się już prowadzeniem własnego gospodarstwa domowego. Niektóre służące pracowały w tym zawodzie do końca swojego życia, jeśli trafiły na przyzwoitych i dobrych chlebodawców zostawały u nich aż do śmierci. Niestety wiele z nich, ze względu na brak opieki społecznej, w momencie w którym nie były w stanie już pracować, musiało udawać się do przytułków.
Czyli tak naprawdę kariera służącej kończyła się, kiedy dziewczyna miała szczęście i wyszła za mąż. Nie było innej opcji.
Tak, zazwyczaj tak właśnie się działo. Służące nie miały możliwości awansu zawodowego, mogły tylko wynegocjować nieco wyższą miesięczną pensję.
Czy w czasie, w którym przygotowywała Pani wystawę, natrafiła Pani na szokującą historię toksycznej relacji między panią domu a jej służącą?
Było bardzo wiele takich historii, zdecydowanie trudniej znaleźć przykład dobrej relacji pomiędzy panią domu i służącą. Większość z nich była oparta na wyzysku, pogardzie i wzajemnych pretensjach. Dla mnie najbardziej poruszająca była historia Lucyny Kotarbińskiej, opisana przez dr Alicję Urbanik-Kopeć w tekście zamieszczonym w publikacji towarzyszącej wystawie. Kotarbińska była działaczką społeczną, słynęła z równościowych i postępowych poglądów. Z jej własnej relacji wiemy że sposobem na rozładowanie negatywnych emocji było ubliżanie własnej służącej. Tak jak niekiedy ludzie np. tłuką talerze, tak ona uważała, że właściwe jest nakrzyczenie na służącą i dla niej było to czymś całkowicie normalnym.
Czy jest może jeszcze jakaś historia, którą Panią najbardziej wstrząsnęła w czasie tworzenia wystawy?
Najbardziej poruszające były teksty prasowe, które czytałam. Standard ich konstrukcji był podobny: kiedyś było lepiej – służące chciały pracować i sumiennie wypełniały swoje obowiązki, a teraz wszystko się zmieniło, służące są krnąbrne, nic nie potrafią, dużo żądają. O służących pisano z ogromną pogardą, określano je mianem „nieskomplikowanych umysłowości” czy ”garnkotłuków”. Tak naprawdę to echa pogardy klasowej, jaką mieszczanie czuli wobec osób przyjeżdżających do Warszawy z biednych wsi, gdzie nie był szans na edukację, a dzieci musiały ciężko pracować od najmłodszych lat swojego życia.
Skoro dla społeczeństwa miały być niewidoczne, to dlaczego były używane do promowania produktów kosmetycznych i AGD?
Ponieważ były przedłużeniem tych sprzętów i jedynymi osobami w gospodarstwie domowym, które je obsługiwały. Mamy dużo przykładów reklam, na których służące są przedstawione jako element wystroju wnętrza. Wszystkie są przy tym pokazane przy pracy, pochylone i odwrócone w taki sposób, że nie widać ich ust. To może sugerować,, że w życiu codziennym musiały pozostawać milczące.
Gdyby miała Pani wybrać z całej wystawy swój ulubiony eksponat, który by Pani wybrała i dlaczego?
Jest to bardzo trudne pytanie, ponieważ wszystkie eksponaty są dla mnie ważne. Myślę, że szczególnie istotny jest elektryczny dzwonek na służbę, ponieważ pokazuje, jak wiele czasu i energii poświęcono na to, żeby zmodernizować system przywoływania służących i pokazać swoją nadrzędność względem osób wykonujących prace domowe. Ważne jest też dla mnie zdjęcie, które znajduje się w ostatniej sali. Zostało wykonane w zeszłym roku podczas jednej z jesiennych demonstracji Strajku Kobiet. Grupa osób niesie transparent z napisem „Wymawiamy służbę w domu i w pracy”. To pokazuje, że służące są cały czas obecne w języku, a wymówienie służby także dziś jest bardzo wyrazistym hasłem oporu.
Rzeczywiście, często można się spotkać ze zdaniem “nie jestem twoją służącą”, które jest zawsze powiedziane w negatywnym kontekście.
Tak, dokładnie. Myślenie o tym kim były i co robiły służące daje wiele negatywnych skojarzeń.
Czy możemy współcześnie zaobserwować właśnie taką pracę, jak służąca?
Służące zniknęły zarówno z przestrzeni prawnej, jak i społecznej. Natomiast sama praca domowa i społeczne obciążenie, jakie się z nią wiąże, już nie. Praca domowa, niezależnie od postępu technologicznego i społecznego, cały czas kulturowo przypisywana jest kobietom. Współcześnie jest wykonywana – odpłatnie lub nieodpłatnie – głównie przez kobiety. Według badań Polki wykonują blisko 70 proc. wszystkich prac domowych, a w rodzinach z dziećmi poświęcają na nieodpłatną pracę opiekuńczą blisko siedem godzin dziennie. Z kolei mężczyźni –nieco ponad trzy. To ogromna dysproporcja. Polska jest jednym z tych europejskich krajów, w których kobiety najczęściej pracują tylko w domu. Blisko połowa kobiet w wieku produkcyjnym, czyli pomiędzy 16 a 49 rokiem życia, nie pracuje ani się nie uczy. Są pozbawione prawa do świadczeń socjalnych, w tym prawa do emerytury, co będzie w przyszłości miało bardzo negatywne konsekwencje. Najczęściej to właśnie te kobiety wykonują pracę za którą nie dostają wynagrodzenia i do której są niejako wpychane kulturowo, między innymi prze brak systemu wsparcia społecznego, np. rozbudowanej sieci darmowych żłobków czy przedszkoli.
Myślę, że w tym wypadku urlopy ojcowskie / rodzicielskie, które są stosowane w krajach skandynawskich są bardzo dobrym rozwiązaniem w celu wyrównania wkładu w codzienne prace domowe i opieką nad dziećmi.
Tak i są urlopami, których nie można oddać. To znaczy, że mężczyzna albo bierze np. pół roku urlopu na opiekę nad dzieckiem, albo ten urlop przepada. Uważam, że jest to bardzo dobre podejście. W momencie, w którym systemowo mężczyźni będą bardziej angażowani w opiekę nad własnymi dziećmi i pracę opiekuńczą, nierówności mogą sukcesywnie zanikać.
Kobiety w badaniach często skarżą się na nadmiar pracy domowej na tle innych obowiązków, z których muszą się codziennie wywiązywać. Z badań wynika, że coraz częściej młode kobiety decydują się na życie poza tzw. „tradycyjnym” modelem rodziny, właśnie ze względu niechęć do obciążenia obowiązkami domowymi.
Czy tworząc tę wystawę, miała Pani w głowie też ten współczesny wydźwięk, że może ona skłonić do refleksji i myśli, że czasami jesteśmy takimi służącymi we własnych domach?
Bardzo chciałam, żeby ta wystawa została właśnie tak odebrana. Zależało mi na tym, żeby wybrali się na nią przede wszystkim młodzi mężczyźni, którzy mają szansę zmienić przyzwyczajenia swoich ojców i dziadków. Chciałam, żeby uznali, że praca domowa nie jest głównym obowiązkiem kobiet i przeciwstawili się stereotypowi niższości pracy opiekuńczej i reprodukcyjnej nad jakąkolwiek pracą najemną.
Według raportu Oxfamu na całym świecie, codziennie kobiety przeznaczają 12,5 miliarda godzin na wykonywanie powtarzalnych obowiązków domowych… To ogromne obciążenie bardzo ciężką pracą, która leży u podstaw funkcjonowania społeczeństw. A to zdecydowanej większości praca nieodpłatna: kapitalizm w dużej mierze jest zbudowany na wyzysku kobiet.
Autorka: Ola Trendak


