Obraziłam się na słowa. Niby nic złego mi nie zrobiły, niby nie miałam ku temu żadnego konkretnego powodu. Pewnego dnia po prostu obudziłam się i nie miałam w sobie słów. A może to one obraziły się na mnie? Może się mną zmęczyły, zbuntowały, może używałam ich za dużo.
Słowo to dla mnie podstawowa jednostka pojmowania świata. Tak się go uczę, tak go opowiadam, tak tworzę wspomnienia: słowami. I zawsze tak było. Podobno ludzie dzielą się na tych, którzy myślą obrazami i tych, którzy mają w głowie prywatnego narratora. Ja należę do tych drugich. Nie znam innego świata, niż ten ubrany w słowa.
Słowa są też tym, co najlepiej mi wychodzi. Studiowałam filologię, pracowałam z językami, robię doktorat z literaturoznawstwa, piszę i tłumaczę. Nie odnalazłabym się w świecie biznesu. Zamiast pieniądzem, obracam słowem.
Może słowa opuściły mnie właśnie dlatego, że za bardzo na nich polegałam. Jednocześnie za wielką czułam presję z nimi związaną. Skoro słowa są jedynym, co mam, jak poradzę sobie bez nich? Kim jestem, jeśli nie istotą piszącą, istotą stawiającą literę za literą, układającą ciągi słów i przestawiającą je w szeregach? Starałam się więc przepuścić się przez wewnętrzną sokowirówkę i jakoś je z siebie wycisnąć. Trzeba przecież napisać jakiś tekst. Nawet niekoniecznie do publikacji, na rozruch choćby! Mięsień nieużywany podobno zanika, a ja nie mogę przecież pozwolić sobie na zaniedbanie jedynego mięśnia, jaki mam. Z mojego wewnętrznego miąższu został jednak tylko suchy wiór, bo dalej nie chciała wypłynąć ze mnie choćby kropelka słownego soku. Porzuciłam więc słowa. Po przejściu przez wszystkie fazy żałoby pozwoliłam im odejść. Zamknęłam usta, odłożyłam długopis, zsunęłam palce z klawiatury. I otworzyłam oczy.
Mój wzrok padł na zakurzony już nieco aparat fotograficzny. Stary zenit, o którym żartobliwie mówię, że bardziej niż narzędziem fotograficznym jest narzędziem samoobrony, bo wagą przypomina raczej kowadło niż dzisiejsze lustrzanki. Nie należał do nikogo z rodziny, co nie znaczy jednak, że nie ma swojej historii. Kupiłam go w zakładzie naprawy aparatów na olsztyńskiej starówce i nawet nie wiem, czy ten zakład jeszcze istnieje. Wtedy, kiedy byłam w pierwszej klasie liceum, przechodziłam obok niego prawie codziennie, bo lubiłam tamtędy wracać ze szkoły. Na wystawie stało kilka aparatów, w tym mój. Weszłam kiedyś do środka i zapytałam o cenę. Sto złotych. Wyszłam, bo wtedy to było dużo.
Jednak pewnego dnia wróciłam ze stówą w ręku i powiedziałam “poproszę”. Kupowałam do niego czarno-białe filmy i na zajęciach w Pałacu Młodzieży uczyłam się je wywoływać. Fotografia stała się znowu czymś namacalnym. Znowu, bo taką ją pamiętałam z dzieciństwa, kiedy klisze z wakacji zanosiło się “do fotografa”, a później były z nich papierowe zdjęcia w albumie. W międzyczasie zdjęcia zaczęły przenosić się na niewidzialny dysk komputera. Jednak kiedy za ciężką stówę kupiłam ciężki radziecki aparat, zdjęcia znowu się zmaterializowały.
Porzuciłam zenita w ramach redukcji kosztów. Cyfrowa lustrzanka kosztowała co prawda dużo więcej, ale był to jednorazowy wydatek. Maleńka i płaska karta pamięci niosła w sobie obietnicę nieskończonych możliwości. Zdjęcia można było robić, zgrywać na komputer i robić znowu. W przeciwieństwie do filmu, nie kończyła się więc nigdy. Nie trzeba było już liczyć klatek i martwić się ich skończonością.
Miłość do fotografii pomału stawała się obsesją. Aparat zabierałam ze sobą wszędzie tam, gdzie mogło zdarzyć się coś ciekawego, gdzie mogłam zobaczyć coś pięknego. Zaczęłam oglądać świat przefiltrowany przez obiektyw, a widoki podziwiać dopiero post factum, na ekranie. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, postanowiłam zerwać z nałogiem. Do porzucenia fotografii przyczyniło się też w dużej mierze to, że nie byłam w niej wystarczająco dobra. Oczywiście według własnych standardów. Robiłam przecież tyle zdjęć! A wcale nie były takie dobre. Zapomniałam o ekscytacji, z jaką niegdyś naciskałam spust migawki i uznałam, że skoro najwyraźniej nie ma we mnie geniuszu fotograficznego, nie ma to w ogóle sensu.
Patrzyłam więc na ten aparat nieufnie. Przecież nie umiem w zdjęcia. Nie pozostało mi jednak wiele, odkąd opuściły mnie słowa. Jak się nie ma, co się lubi, to brzytwy się chwyta. Czy jakoś tak. Pakując walizkę na wyjazd zostawiłam w domu notesy i ołówki, w zamian wzięłam zapasowe klisze i to kilogramowe narzędzie obrony własnej, które okazjonalnie spełnia także funkcje fotograficzne. Była to podróż w nieznane. Podwójnie, bo po pierwsze wybierałam się na wyspę, na której nie byłam nigdy wcześniej, a po drugie była to podróż, z której relację miałam uchwycić w obraz, a nie spisać.
Na Cyprze czekały na mnie piękne góry i jeszcze piękniejsi ludzie. Dni wypełnione śmiechem i rozmowami o życiu. Stałam na brzegu górskiego klifu i krzyczałam, rzucając szyszkami w otchłań. Czułam wolność. I robiłam zdjęcia. Robiłam je tak samo, jak ponad dziesięć lat temu. Bez przekombinowania. Po prostu widząc obraz, który chciałam zatrzymać, naciskałam spust migawki. Czasami przewijałam kliszę w tył, żeby nałożyć na siebie dwa obrazy. Musiałam zaufać temu procesowi, bo przecież nie miałam zobaczyć zrobionych przez siebie zdjęć aż do momentu ich wywołania, a to miało nastąpić dopiero po powrocie do Polski. Wróciłam z sercem przepełnionym wdzięcznością i pamięcią telefonu cięższą o kilkadziesiąt nowych kontaktów. I czterema filmami do wywołania. Znalazłam na nich zapis wszystkich pięknych doświadczeń tamtych dni. Z kolorów, kształtów i linii odczytałam historie o nowych przyjaźniach, porywach serc i chłodnych smagnięciach górskiego wiatru. Była to opowieść usnuta innymi niż zwykle nićmi, ale jakże piękny był efekt końcowy! Może nie wygrałabym tymi zdjęciami żadnego konkursu fotograficznego, ale one nie były na konkurs, one były dla mnie. I kryły w sobie magię.
Nie opowiedziałabym tej historii słowami. W każdym razie, nie w ten sposób. Ułożyłam zdjęcia w spójną historię, od początku do końca, utworzyłam z nich narrację. I zamknęłam je w albumie, który stoi na półce i czeka aż zechcę tę historię znowu przeżyć.
A kiedy zamykałam ten album, wróciły do mnie słowa.





