Hubert Miłkowski – Praca aktora rządzi się prawem interwałów

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Julia Trojanowska: Hubert, jesteś młodym aktorem i ciekawi mnie twoja tożsamość zawodowa – albo szerzej: twoje podejście do tego, jakim aktorem jesteś dziś, w tym momencie. Kiedy myślisz o sobie w tej kategorii: „Hubert Miłkowski, aktor”, to czy jesteś jeszcze na etapie poszukiwań? A może masz już wyraźną drogę, którą podążasz?

Hubert Miłkowski: Staram się nie myśleć o sobie zbyt dużo właśnie w kategorii „Hubert Miłkowski – aktor”. Raczej unikam takiego oglądania się z zewnątrz.

Chyba nie potrafiłbym w tym momencie jasno określić – powiedzieć, jaka jest moja tożsamość jako aktora. Mam nadzieję, że jeśli będzie mi dane regularnie pracować przez dłuższy czas, to dopiero wtedy będzie można się temu spokojniej przyjrzeć i spróbować to nazwać. Wciąż kwestionuję swoje wybory i zastanawiam się nad tym, jaką ścieżką iść. Chciałbym więcej pracować w teatrze, ale nie zawsze udaje się znaleźć na to przestrzeń. Zastanawiam się więc, czy rozwijać się bardziej w tę stronę, czy w inną.

Myślę, że wciąż jest we mnie dużo siłowania się. Uczę się też pozwalać sobie na błądzenie. W końcu – jak powiedziałaś – jestem wciąż młody, więc chciałbym trochę pobłądzić i zobaczyć, co z tego wyniknie. Jednocześnie coraz lepiej wiem, czego nie chcę robić. Zauważam u siebie, że jeśli czegoś nie chcę albo nie lubię robić, to nie jestem na tyle dobrym aktorem, żeby nie było tego po mnie widać. Dlatego staram się ograniczać do rzeczy, które naprawdę chciałbym robić. Wtedy pracuję lepiej i daje mi to większą satysfakcję. Wydaje mi się, że to po prostu bardziej uczciwy układ.

Czemu w takim razie czasem mówisz kategoryczne „nie”?

To chyba dzieje się na poziomie intuicji. Po prostu czytasz coś i czujesz, że nie chcesz tego zrobić. Czasem wynika to z bardzo prostych rzeczy – na przykład z tego, że podczas lektury tekstu mam wrażenie, że coś mi się nie układa w ustach. A czasem chodzi o sposób, w jaki dany temat jest podejmowany albo przedstawiany. Nie chodzi nawet o to, że coś jest sprzeczne z moimi poglądami, tylko raczej o to, że bywa zaprezentowane w zbyt płaski sposób. Jeśli coś jest czystym stereotypem lub jego powieleniem, chciałbym mieć ten luksus, żeby móc się tym nie interesować. Szukam raczej projektów, które dają przestrzeń na niuans, na „grzebanie” w temacie, na eksperyment, a przynajmniej na mierzenie się z czymś bardziej wielowarstwowym.

Czyli w dużej mierze opierasz się na intuicji. To klucz przy twoich wyborach?

Myślę, że dopiero uczę się ją dopuszczać do głosu. Intuicja była zresztą dużym tematem mojego zeszłego roku – sporo się nad nią zastanawiałem, nad tym, jak działa i na ile pozwalam jej wybrzmiewać.

Docelowo chciałbym słuchać jej jeszcze bardziej. W głowie jest wiele różnych głosów, ale jeśli któremuś miałbym naprawdę zawierzyć, to właśnie temu najbardziej intuicyjnemu.

Dlaczego akurat w tamtym roku stało się to dla ciebie tak ważne? Czy było to związane z jakąś rolą, czy raczej z etapem życia?

Chyba po prostu z etapem życia. Pamiętam, że chodziłem wtedy dość regularnie na warsztaty aktorskie, więc miałem poczucie, że znów trochę wracam do bardziej edukacyjnego spojrzenia na aktorstwo. Przyglądałem się tej drodze od strony nauki, a nie tylko praktyki. Dużo rozmawialiśmy wtedy właśnie o intuicji, więc zacząłem się nad tym zastanawiać. Pewnie pokrywa się to z moim młodym etapem życia, ale też z coraz większą ilością decyzji do podjęcia. Nawet kiedy coś czytałem, miałem wrażenie, że temat intuicji wciąż wraca i wychodzi na pierwszy plan.

Mówisz o wielu decyzjach, a jednocześnie jesteś teraz w bardzo aktywnym momencie zawodowym. Czy odczuwasz presję, żeby dużo grać, pokazywać się, być stale obecnym w filmach i serialach? Po prostu być widocznym? Czy młodzi aktorzy dziś w ogóle odczuwają taką presję?

Myślę, że jeśli jest coś, co ja odczuwam – i co, z tego, co słyszę, odczuwają też osoby, z którymi rozmawiam – to pewien przymus większej widzialności. Mam wrażenie, że dziś jest dużo mniejsze przyzwolenie na tajemnicę. Trzeba mieć profil w mediach społecznościowych, bo to pomaga w pracy. Standardem w promocji stało się też udzielanie wywiadów – i tych wywiadów jest coraz więcej, pojawia się coraz więcej platform i miejsc, w których trzeba być obecnym.

W pewnym sensie ta widzialność stała się obowiązkowym elementem tej pracy. Czuję się do niej trochę przymuszony, bo odruchowo mam sporą potrzebę zaszywania się, ukrywania. Dlatego to dla mnie ciągłe negocjowanie z samym sobą: na ile jest to rzeczywiście potrzebne, a na ile wciąż dla mnie w porządku, żeby pokazać się trochę bardziej, odsłonić. Mówię tu głównie o fazie promocyjnej i wszelkiej obecności wokół pracy. Jeśli chodzi o samo granie, to mam akurat potrzebę pracować dużo. Chciałbym po prostu pracować, pracować i jeszcze raz pracować. Po pierwsze dlatego, że bardzo dużo uczę się w pracy. A po drugie dlatego, że mam w sobie potrzebę dzielenia się czymś –poczucie pewnej obfitości w środku, którą poprzez pracę mogę wypuszczać na zewnątrz.

Czyli nie masz tak, że kończysz plan zdjęciowy, oddajesz rolę i potrzebujesz kilku miesięcy zupełnego bezruchu, żeby „odchorować” postać? Nie masz problemu, żeby od razu wejść w kolejny projekt?

Ostatnio miałem taki okres, że wchodziłem właściwie z projektu w projekt. Chciałbym mieć między nimi jakieś przerwy, bo to dobry moment, żeby na nowo „naładować się” książkami, filmami, podróżami, rozmowami, relacjami – po prostu czymś, co potem mogę z siebie wyrzucić w pracy. To jest zdecydowanie ważne. Z drugiej strony w grę wchodzi też bardzo pragmatyczny aspekt – nie bardzo mnie stać na to, żeby przez kilka miesięcy w roku w ogóle nie pracować. Dochodzi jeszcze pewien strach: ile miesięcy bez pracy to jeszcze przerwa, a ile to już moment, w którym zapala się lampka i pojawia się pytanie, kiedy będzie następny projekt?

Skoro te przerwy – z wielu powodów, o których mówiłeś – nie mogą być zbyt długie, to jak dajesz sobie oddech? Jak przygotowujesz się mentalnie, żeby z czystą głową wejść na kolejny plan albo zacząć research do nowej postaci? Co pomaga ci się wypoziomować i wyciszyć?

Jakkolwiek to nie zabrzmi, myślę, że pomagają mi rutyny. To, że mam rzeczy, które są nieodłącznym elementem mojego cyklu funkcjonowania, kiedy mam dzień wolny. Od prostych spraw związanych ze śniadaniem, przez ruch i sport. Ruch jest dla mnie bardzo ważny. Jeśli mam przestrzeń, staram się też wyjeżdżać. Zwłaszcza samotne wyjazdy są dla mnie cenne, bo pojawia się wtedy dużo przestrzeni na własne myśli.

Pomaga mi też wszystko, co zupełnie nie jest związane z pracą. Na przykład to, że można nagle przypomnieć wszystkim bliskim, że się istnieje – i że ma się czas, żeby się spotkać, porozmawiać, coś razem zrobić. Ta praca rządzi się trochę prawem interwałów. Kiedy trwa intensywny okres, bardzo trudno znaleźć przestrzeń na inne rzeczy – na spotkania, relacje czy zwykłe życie.

Skoro już mówimy o tych intensywnych interwałach pracy, chciałabym zapytać cię o stawianie granic. Mam wrażenie, że bardzo często pyta się o to aktorki – i słusznie – ale ciekawa jestem też perspektywy aktora. Czy są sytuacje, emocje albo doświadczenia, wobec których powiedziałbyś na planie stanowcze „nie”? Czy zdarzyło ci się już w karierze postawić taką granicę?

Czasem powtarzam, że miałem sporo szczęścia do projektów i do ludzi, z którymi pracowałem. Dlatego nie przychodzi mi do głowy sytuacja, w której poczułbym się w pracy naprawdę mocno przekroczony. Z rozmów z innymi wiem jednak, że takie sytuacje się zdarzają. Myślę też, że jestem teraz w takim momencie życia, w którym potencjalnie potrafiłbym te granice postawić, choć wciąż się tego uczę. Często jeszcze długo negocjuję to w swojej głowie: czy już mogę postawić granicę, czy nie. Zamiast – wracając do intuicji – po prostu poczuć, że ktoś mnie przekracza i powiedzieć: „stop”.

To trudna droga, żeby dojść do momentu, w którym pozwalasz sobie na postawienie granicy odruchowo. Zawsze można się z niej potem wycofać. Często jednak jest tak, że pozwalasz się rozciągać coraz bardziej i dopiero po czasie zastanawiasz się: czy to już dyskomfort, który wymaga reakcji, czy jeszcze dam radę, może nie warto. To trudna nauka. Mam jednak wrażenie, że w pracy coraz bardziej uczę się mówić: „mam na to swój pomysł” albo „widzę to trochę inaczej”. Lub po prostu: „stop, bo to sprawia, że czuję się w taki sposób – spróbujmy może inaczej”. Dotyczy to zarówno słuchania własnej intuicji, jak i w ogóle uczenia się komunikacji w pracy.

To dobrze, że masz taką przestrzeń. A skoro mówimy o pracy na planie: przygotowując się do rozmowy, wróciłam do filmu „Norwegian Dream” i twojej roli Roberta. Wspominałeś kiedyś, że ważnym elementem budowania tej postaci była kurtka znaleziona w lumpeksie. Czy kostium jest dla ciebie istotny w pracy nad rolą? I czy budujesz bohatera trochę patchworkowo – z różnych inspiracji i drobnych elementów, nie tylko z tego, co zapisane w scenariuszu?

Myślę, że to rzeczywiście jest pewien patchwork z rzeczy, które mnie inspirują, na które zwracam uwagę albo na które po prostu trafiam. Dlatego bardzo cenię sytuacje, kiedy jest więcej czasu na przygotowanie do projektu. Kiedy wiem z wyprzedzeniem, że za jakiś czas zaczynam pracę nad rolą, to nagle – mając już to gdzieś w głowie – inaczej patrzę na rzeczy, które wpadają mi w ręce. Na to, co zobaczę, przeczytam czy zaobserwuję. Nie muszą to być nawet rzeczy bezpośrednio związane z projektem. Czasem jakaś sytuacja zaobserwowane na koncercie – nawet jeśli film w ogóle nie jest o muzyce – okazuje się interesująca i warta przeniesienia jako obserwacja.

W przypadku „Norwegian Dream” czasu na przygotowanie było akurat całkiem sporo. Ponieważ produkcja odbywała się w Norwegii, a ja byłem wtedy w Polsce, przez dłuższy czas pracowałem nad rolą raczej sam, zdzwaniając się ewentualnie z reżyserem. Nie było też wcześniej czasu na przymiarki, więc coś mnie wtedy podkusiło, żeby przejść się po lumpeksach z myślą o tej postaci i poszukać elementów jej garderoby, bo wiedziałem, że właściwe przymiarki odbędą się dopiero tuż przed planem. 

Opłaciło się, bo znalazłem rzeczy, które naprawdę pasowały do tej postaci i ciekawie wpisały się w historię filmu. W jednej ze scen Norweg opowiada przy moim bohaterze – Polaku i imigrancie pracującym w Norwegii – że najlepsze rzeczy zostają w norweskich vintage shopach, a te gorsze wysyłane są w kontenerach do Europy Wschodniej. Tymczasem ja w lumpeksie w Łodzi znalazłem norweską kurtkę z norweskimi napisami. Włączyłem ją do garderoby bohatera i zagrałem w niej kilka scen. W pewnym sensie ta kurtka domykała tę anegdotę.

Chciałam też chwilę porozmawiać o serialu „Piekło kobiet”. Co twoja intuicja podpowiedziała ci w związku z tym projektem?

Przed wywiadem powiedziałaś mi, że że Emil jest potencjalnie jedyną „dobrą” postacią. Już na etapie pierwszego czytania scenariusza długo dyskutowaliśmy, żeby nie był wyłącznie sympatycznym bohaterem. W końcu nigdy nie chodzi o to, żeby ktoś miał absolutną rację albo zawsze postępował słusznie. Pierwszą intuicją było więc szukanie wszystkich tych pęknięć. Chodziło o to, żeby od razu przyjrzeć się temu, co robi nie w porządku: czy w pewnych sytuacjach nie zachowuje się przemocowo, czy nie pozwala sobie na agresywne reakcje, jakie są jego zaniedbania – także te, które częściowo doprowadziły do sytuacji, w jakiej się znajduje. W pierwszym odcinku pada określenie, że każdy lekarz ma swój cmentarzyk. Zastanawialiśmy się więc, jakie kolejne nagrobki Emil stawia na swoim cmentarzyku w trakcie całej historii. Myślę, że jest tam sporo takich jego „grzechów”.

To chyba ważne, żeby znać wszystkie pęknięcia swojej postaci – jej najlepsze i najgorsze strony. Wtedy wszystko staje się bardziej autentyczne, prawda?

Na pewno ważne jest mieć w sobie wewnętrzne przyzwolenie na to, że one istnieją. Że składamy się również z naszych pęknięć.

A jak przygotowywałeś się do tej roli? Jaki był twój research dotyczący postaci Emila i świata serialu „Piekło kobiet”? Domyślam się, że literatury na ten temat jest sporo, a jednocześnie wiele ludzkich zachowań niewiele się zmieniło przez ostatnie sto lat. Na czym się opierałeś?

To ciekawe, co mówisz, bo z jednej strony rzeczywiście jest na ten temat mnóstwo materiałów. Mamy już kontekst historyczny – są książki, opracowania i opisy zmian świata, który nas wtedy otaczał. Z drugiej strony mam wrażenie, że ludzkie emocje i zachowania są dużo bardziej uniwersalne i bardzo aktualne. Dlatego moim zdaniem nie ma potrzeby specjalnego „grania epoki”, cokolwiek miałoby to właściwie znaczyć. Często jest to po prostu granie naszego wyobrażenia o danym czasie.

Ważne jest przyzwolenie na to, że emocje i reakcje ludzi w gruncie rzeczy się nie zmieniają. Oczywiście można – i warto – obudować się wiedzą o realiach, w których funkcjonuje bohater. Dlatego czytałem wszystko, co wpadło mi w ręce: artykuły i materiały, które znajdowałem, wpisując w wyszukiwarkę różne hasła związane z dwudziestoleciem międzywojennym w Polsce. Sporo z nich pomagało „odczarować” wyobrażenie Warszawy jako Paryża Północy – na przykład uświadomić sobie, co naprawdę znaczyło to, że w wielu miejscach nie było kanalizacji.

Czyli „Paryż Północy” to był po prostu dobry marketing?

Nie biorę pełnej odpowiedzialności historycznej za rozbijanie tego mitu, ale na pewno są w nim pewne pęknięcia (śmiech). Warto choćby zastanowić się, co w praktyce znaczyło to, że w wielu miejscach nie było kanalizacji. Na przykład Emil, mój bohater, pochodzi z Powiśla – dzielnicy, która bardzo zmieniła się w tym, jak ją dziś postrzegamy. Dzisiaj Powiśle jest fancy, a wtedy było robotniczą, uchodzącą za niebezpieczną częścią miasta. Zmierzenie się z tym wyobrażeniem było dla mnie ciekawe. Znalazłem też świetną książkę złożoną z artykułów z warszawskich gazet z lat trzydziestych. Było tam mnóstwo anegdot, które pomagały wyobrazić sobie tamte czasy. Właściwie znów był to pewien patchwork inspiracji i tego, co akurat się pojawiało.

Pamiętam też, że reżyserka Ania Maliszewska zaproponowała ciekawy trop. Miała intuicję, że Emil – jako ktoś o bogatym świecie intelektualnym – mógłby fascynować się na przykład Jungiem. Zaczęliśmy więc o tym rozmawiać, a ja zacząłem trochę czytać. Wracając do kostiumów: naszyjniki, które Emil nosi – choć często są schowane pod koszulą – to mandale, symbole często przywoływane przez Junga. Wierzę więc, że kiedy z różnych stron składa się taki patchwork, może powstać coś o interesującym kształcie.

To bardzo ciekawe podejście – poszukujące i intelektualne. Mam wrażenie, że jako aktor dużo prywatnie z tego czerpiesz: szukasz kontekstów, pogłębiasz wiedzę o realiach i epoce. Czy ta wiedza zostaje z tobą także poza pracą?

Pamiętam, że kiedyś przyjaciółka zacytowała mi zdanie swojego wykładowcy historii sztuki. Powiedział studentom, że nie będą uczyć się historii sztuki, tylko historii poprzez sztukę. Myślę, że w moim przypadku jest podobnie. Mam swoją pracę i narzędzie – sposób na przepracowywanie wrażliwości i zarabianie na życie – ale to jest też dla mnie sposób poznawania świata. Dzięki tej pracy ciągle się uczę i rozwijam.

Nawiązując do tego, co mówisz i  wracając do serialu „Piekło kobiet”. To produkcja, która dotyka bardzo silnych tematów społecznych, a nawet politycznych. Czy udział w takim projekcie zmienił twoje spojrzenie na rzeczywistość? Może coś utwierdziło cię w przekonaniach, a może zacząłeś zwracać uwagę na rzeczy, których wcześniej nie dostrzegałeś?

To ciekawe pytanie, ale trochę trudno mi na nie odpowiedzieć. Po części dlatego, że wszystko rozkłada się w czasie. Minął już ponad rok i z dzisiejszej perspektywy trudno mi powiedzieć, jak dokładnie ten projekt na mnie wpłynął. Nie mam wrażenia, żeby w radykalny sposób zmienił moje postrzeganie świata. Ale też chyba nie jest tak, że utwierdził mnie w przekonaniach. Najwięcej rzeczy, które pobudzają mnie do myślenia, dzieje się raczej w fazie przygotowań i później na planie. Kiedy mija czas, pojawiają się kolejne projekty, a ja dopiero później oglądam efekt końcowy, jest to trochę jak spotkanie z samym sobą sprzed roku.

Oglądasz swoje projekty? Wspominałeś wcześniej, że kiedy coś ma premierę, raczej wyłączasz powiadomienia i nie czytasz opinii – ale czy wracasz do materiału?

To wygląda inaczej w przypadku filmu, a inaczej serialu. Kiedy film ma premierę, jest to jakieś wspólne doświadczenie. Oglądam go wtedy jako grupowe doświadczenie wspólnej pracy. Natomiast trudno mi oglądać siebie i jednocześnie patrzeć na projekt obiektywnie, jak widz. Dla mnie to raczej zapis sytuacji z planu i tego, co się wtedy działo. Z serialami jest jeszcze trudniej. W przypadku „Piekła kobiet” ominęła mnie premiera, bo byłem wtedy na wyjeździe związanym z pracą. Oglądanie tego samemu w domu odbiera element wspólnego przeżycia. Dlatego raczej staram się nie oglądać siebie w takich warunkach. Może czasem wracam do rzeczy, które zrobiłem dawno – wtedy mam już większy dystans i potrafię spojrzeć na nie trochę bardziej obiektywnie. Ale to też jest proces oswajania się.

Muszę przyznać, że w ciągu kilku lat rozmów z aktorami tylko nieliczne osoby powiedziały mi wprost, że regularnie oglądają produkcje ze swoim udziałem – na przykład po to, żeby analizować swój warsztat. Raczej nie jest to powszechna praktyka.

Sam kiedyś się nad tym zastanawiałem: czy da się podejść do tego stricte warsztatowo. Ale mam wrażenie, że to było tak dawno, że trudno byłoby wyciągnąć z tego konkretne wnioski. Było przecież ileś dubli, później ktoś to montuje, wpływa na to praca wielu osób. Nie wiem, czy potrafiłbym wyciągnąć z tego coś wyłącznie dla siebie. Chyba wolę szukać takiej drogi, w której nie zastanawiam się nad tym z zewnątrz. Robię swoje i mam nadzieję, że ktoś później dobrze to wykorzysta.

Hubert, zbliżając się do końca naszej rozmowy, chciałam zapytać o twoje nadchodzące projekty. Zacznijmy od „Wandy”, filmu o Wandzie Rutkiewicz. Niedawno skończyliście zdjęcia. Czy możesz opowiedzieć coś więcej o tym projekcie albo o swojej roli? Wiem też, że część zdjęć powstawała w górach, więc domyślam się, że warunki na planie były wymagające.

To może zacznę właśnie od warunków, bo miałem ogromne szczęście – dojechałem na plan po tygodniu zdjęć. Z relacji ekipy wynikało, że wcześniej wiało, było zimno, warunki były naprawdę trudne i momentami zastanawiano się nawet, czy nie odwołać części zdjęć. Tymczasem mój pierwszy dzień zdjęciowy wyglądał zupełnie inaczej: zero wiatru, słońce, bezchmurne niebo. W naszych strojach wręcz się przegrzewaliśmy, więc niestety nie doświadczyłem tych trudnych warunków.

Ale przynajmniej mogłeś podziwiać piękne widoki. Z tego, co wiem, kręciliście pod Mont Blanc.

Tak, dokładnie. Mieliśmy też zdjęcia nocne, które idealnie zbiegły się z pełnią księżyca, to było naprawdę niesamowite doświadczenie. Ciekaw jestem, jak to wyszło na ekranie. Jeśli chodzi o sam film, opowiada on o jednej z wcześniejszych wypraw Wandy Rutkiewicz z lat siedemdziesiątych, o ekspedycji w pasmo Karakorum w Pakistanie. To było przedsięwzięcie, w którym Wanda chciała zorganizować w pełni kobiecą wyprawę, żeby udowodnić, że kobiety są w stanie zdobyć ośmiotysięcznik bez wsparcia mężczyzn. Ostatecznie jednak, ze względu na różne problemy – między innymi finansowe – wyprawa została połączona z inną i do zespołu dołączyli także mężczyźni. W filmie trochę zmieniliśmy perspektywę, bo w rzeczywistości tych mężczyzn było więcej. Na potrzeby fabuły ograniczyliśmy ich do dwóch postaci, dlatego gram bohatera fikcyjnego. Moja postać jest między innymi po to, żeby kwestionować pomysł Wandy, jej wizję i sposób działania. Nie będę zdradzał, kto ostatecznie ma rację, zwłaszcza że mam wrażenie, iż nie ma tu jednej prostej odpowiedzi. Można więc powiedzieć, że przyjechałem w góry na piękną pogodę, żeby trochę namieszać.

Mamy jeszcze drugi film – „Mniej obcy” o Janie Borysewiczu. Czy możesz powiedzieć o nim coś więcej?

Tam akurat gram postać biograficzną.

Czyli samo przygotowanie wyglądało trochę inaczej niż zwykle.

Z jednej strony tak, z drugiej – to jest jednak film przede wszystkim o Borysewiczu. Gram jednego z członków zespołu złotej ery Lady Pank i w zasadzie funkcjonujemy tam głównie jako grupa. Nie pracuje się więc nad indywidualnym bohaterem z określonymi zadaniami i relacjami, tylko raczej nad byciem częścią paczki. Chodzi przede wszystkim o złapanie wspólnej dynamiki. To była dość specyficzna praca, przynajmniej z mojej perspektywy, bo po prostu spotykaliśmy się – z chłopakami grającymi zespół Lady Pank – na próbach muzycznych. I to właściwie było nasze główne przygotowanie, co uważam za świetne, bo przede wszystkim uczyliśmy się razem grać. Ja na przykład od zera uczyłem się gry na basie, więc to było kolejne wyzwanie.

Przez to, że uczyliśmy się grać razem, siłą rzeczy zaczynaliśmy też ze sobą funkcjonować. Pojawiała się jakaś dynamika: raz dogadywaliśmy się lepiej, raz gorzej, lubiliśmy się bardziej albo mniej. Mieliśmy swoje wewnętrzne żarty i zachowania. Potem z tą dynamiką z prób muzycznych po prostu wchodziliśmy na plan. Robiliśmy właściwie to samo, tylko już ucharakteryzowani. Mieliśmy swoją chemię. To było dla mnie ciekawe także w kontekście intuicji – nie było dużo przygotowań polegających na researchu. Najważniejsze było nauczyć się swobodnie czuć z instrumentem, który był dla mnie zupełnie nowy i złapać dynamikę z pozostałymi członkami grupy.

Czego mogę ci życzyć w takim razie, oprócz grania na deskach teatru?

Teatru na pewno. I żebym nie porysował framug drzwi, kiedy będę wynosił meble, bo czeka mnie przeprowadzka i to jest moje największe wyzwanie w czasie wolnym.

A aktorsko – co ma się dziać, to się zadzieje?

Staram się właśnie otwierać na takie myślenie. Nie zapeszać – po prostu żeby się działo.

I żeby intuicja działała.

O, właśnie tego. Żeby ze wszystkich głosów w mojej głowie słuchać przede wszystkim intuicji.

Reklama

PODWYŻKI CEN W BRANZY BEAUTY W 2026

To już czwarty odcinek programu Coffe, Beauty & Business… unfiltered, gdzie Rafael Grieger i Dobrawa Piękos-Szymańska rozmawiają o branży beauty bez filtra i w pełni szczerze!