Z Klaudią Urban, założycielką marki UKLOU, rozmawiamy przez ZOOM. Chociaż widzimy się pierwszy raz w życiu (i to nawet nie osobiście, ale za pośrednictwem zdradliwej technologii, która co chwile rwie nam połączenie), nie mija kwadrans, a my przechodzimy na tryb kumpelskich plot. Żadnego nonszalanckiego zblazowania czy pozowania na zdystansowaną i niedostępną bizneswoman. Klaudia nie dość, że sympatyczna i otwarta, to o swojej pracy mówi z taką pasją i zaangażowaniem, że nie mam wątpliwości – ta dziewczyna naprawdę lubi to, co robi. Rozmawiamy o przekazywanej z pokolenia na pokolenie sztuce kaletniczego rzemiosła, o radości, jaką daje praca w UKLOU i satysfakcji z wdrażania kolejnych projektów.
UKLOU to torebki, paski i portfele, które wyróżnia minimalistyczna forma i elegancki, klasyczny design. Wszystkie wykonywane są ręcznie, z naturalnej skóry i co ważne: wyłącznie na zamówienie. Oznacza to nie tylko indywidualizację procesu tworzenia, ale i działanie w myśl zasady „najpierw popyt, później podaż”. Zamiast produkcji taśmowej – produkcja zrównoważona. Klaudia świadomie rezygnowała ze stosowanej powszechnie praktyki „leżakowania”, czyli produkcji na zaś. W jej pracowni nie uświadczycie półek pełnych produkowanych hurtowo rzeczy – poupychanych w kartonowych pudłach stosów torebek czy pokrywających się warstewką kurzu kopczyków portfeli. Spotkacie za to energiczny zespół, który do realizacji Waszego zamówienia podejdzie z zaangażowaniem i masą pozytywnej energii.
Kim są Twoje klientki?
To zabiegane, trochę zwariowane dziewczyny, dla których funkcjonalność produktu jest cechą równie ważną, co jego design. To dziewczyny, które chcą, żeby ich torebka była ładna, ale też praktyczna – czyli na przykład zaprojektowana w taki sposób, żeby nie marnować czasu na szukanie w jej czeluściach telefonu czy portfela.
Opowiedz historią założycielską UKLOU, czyli jak wyglądały początki marki. Obudziłaś się pewnego dnia z myślą „To dziś. Rzucam korpo i wyjeżdżam w Bieszczady, żeby w chatce pustelnika barwić skórę i nabijać ćwieki”?
Nie było ani filmowego palenia mostów, ani romantycznego stawiania wszystkie go na jedną kartę. Moja przygoda z handmade zaczęła się kilka lat temu, kiedy razem z koleżanką Martą Pacek założyłyśmy Urban Doog – firmę z akcesoriami dla zwierzaków: obroże, smycze i torebki na woreczki. Lubiłam tę pracę, dawała mi dużo radości i satysfakcji, ale jednocześnie gdzieś z tyłu głowy kiełkowała mi myśl, że fajnie byłoby robić coś więcej, mocniej wgryźć się w temat kaletniczego rękodzieła i mody.
Zaczęłam więc pracować nad pierwszymi torebkami. Bez analizy rynku, badań konsumenckich potrzeb, presji i nadmuchanych deklaracji, że od tej właśnie chwili będę rekinem biznesu. Chciałam po prostu stworzyć taki produkt, który sama chętnie bym kupiła. Nigdy nie mogłam znaleźć swojego telefonu i 100 razy dziennie panikowałam, że go zgubiłam, więc ten temat był bazą pomysłu.
Prototypy trafiły do rąk moich koleżanek i to właśnie kumpele były pierwszymi ambasadorkami miarki. Niedługo potem pojawiły się pierwsze zapytania o moje prace, zaczęły spływać pierwsze zamówienia. Dopiero gdy zobaczyłam, że UKLOU ma mega potencjał, postawiłam wszystko na jedną kartę.
To był trudny wybór?
Wiedziałam, że jeśli UKLOU ma naprawdę rozwinąć skrzydła, to muszę poświęcić mu zdecydowanie więcej uwagi. Podejść do tematu na poważnie. Intuicja podpowiadała mi, że to wszystko ma sens i potencjał. Ale z drugiej strony myślałam: ja, która tak bardzo lubi pracować z ludźmi, mam zamknąć się w czterech ścianach pracowni, żeby przez cały dzień nie spotykać żywej duszy? Finalnie okazało się, że jest dokładnie na odwrót i że w żadnej innej pracy nie poznałam tyle kreatywnych osób, ilu w UKLOU.
Dużo zamówień otrzymuję w formie wysyłanej na Instagramie wiadomości prywatnej. Taki system to super opcja, bo mam możliwość poznania każdej klientki. Zawsze patrzę, kim jest i co robi. Czasem uda mi się zamienić z nią kilka słów totalnie nie o torebkach, a po prostu o życiu. Mam naprawdę sporo fajnych instagramowych „przyjaciół”.
Tyle wystarczy, żebyśmy przestali być tylko napędzającymi gospodarkę trybikami – anonimowymi odbiorcami i producentami usług, sprzedawcami i konsumentami – a stali się prawdziwymi ludźmi. Dziewczynami, które oglądają te same seriale, czytają te same książki, obserwują te same instagramowe konta. I to właśnie ta osobista relacja z klientkami jest jednym z najważniejszych i najbardziej satysfakcjonujących aspektów mojej pracy.
Branża, w której działasz, nie jest Ci zupełnie obca. Twój dziadek, a później także i tata, zawodowo związani byli z przemysłem galanteryjnym – prowadzili zakład kaletniczy. Masz jakieś wspomnienia z tego okresu? Dziadek uczył Cię rzemiosła?
Byłam zbyt mała, żeby zachować w pamięci konkretne obrazy z tamtego okresu. Zakład dziadka mieścił się nieopodal naszego domu (a w zasadzie do niego przylegał), zdarzało mi się więc do niego zaglądać. Nie było to jednak regułą, nie spędzałam tam każdego popołudnia. W zasadzie niewiele z tego czasu pamiętam. Ale kiedy po latach, już jako dorosła osoba, zaczęłam szukać starych narzędzi, maszyn, to wróciło do mnie kilka wspomnień, luźnych flashbacków.
Dziadkowe narzędzia do dziś są w użyciu – to z nich korzystasz przy pracy.
Tak, używam dokładnie z tych samych narzędzi, którymi przy pracy posługiwał się dziadek. Są super jakości, niektórych nie da się już nigdzie kupić – pilnuję ich jak oka w głowie! I chociaż mają swoje lata, to nadal dobrze mi służą (i przy okazji wnoszą do mojej pracy nieco sentymentu).
A podstawy kaletnictwa? Kto nauczył Cię technik rzemiosła?
Tata, który prowadził kiedyś właśnie z dziadkiem zakład kaletniczy. Chociaż na początku podchodził do całej sprawy sceptycznie. Próbował wybić mi z głowy pomysł własnej marki i przekonywał, że lepiej rozejrzeć się za stabilną pracą na etacie. Interweniowała moja mama i tatę udało się namówić do pomocy na początku.
Kiedy przekonał się, że UKLOU to nie chwilowa fanaberia, ale przedsięwzięcie z dużym potencjałem, mocno zaangażował się w rozwój firmy. Jego doświadczenie ma szczególne znaczenie na etapie projektowania czy opracowywania nowych modeli. To tata podsuwa mi rozwiązania techniczne, dzięki którym nasze torebki są tak funkcjonalne.
Jest w tym pewien urok, że pracujemy razem – i to w branży, która jest nam bliska od pokoleń.
Jakie trzy hasztagi najlepiej opisałyby produkty UKLOU?
#handmade #imadeyourbag – bo każdy produkt jest pod początku do końca dziełem ludzkich rąk.
#wyprodukownewpolsce – bo ważny jest dla nas nie tylko proces powstawania produktu, ale i źródła, z których pochodzą materiały. W UKLOU korzystamy wyłącznie z fabrykatów wyprodukowanych w Polsce – dotyczy to materiałów czy surowców, ale i rzeczy mniej oczywistych (jak opakowania, w których wysyłamy zamówienia).