Sprawa jest prosta, wku*wiasz się. To normalne. Nie oszukujmy siebie i innych, tak wygląda życie. Wku*w, ludzka sprawa, po pewnym czasie mija, dociera do nas, że bez sensu się wkurzyliśmy. Będę używała lżejszej wersji, żeby gwiazdki nie stały się zaczynkiem do wkurzenia w dniu, w którym czytasz ten tekst.
Także wkurzyłaś się i dociera do Ciebie, że to było zupełnie bez sensu. Gdyby to był TWÓJ dzień to nie ma opcji, żeby wkurzyć się z jakiegokolwiek powodu.
Każdy z nas ma prawo zareagować nader emocjonalnie, zdarza się, nikt przecież nie wylewa butelki wódki specjalnie, nikt z premedytacją nie rozbija szklanki, odstawiając ją na półkę, prawda? Przypadkiem, trochę niechcący, wiele rzeczy się wydarza, wiesz, że to prawda, podobnie jest z emocjami, czasem wcale nie trzeba wiele, żeby zareagować nader wybuchowo. Na wybuch składa się milion małych, ledwo dostrzegalnych i często spychanych w cień rzeczy. Ludzie, którzy doświadczają wybuchu z naszej strony, nawet o tych rzeczach nie wiedzą. Czują się potraktowani źle, czują się poturbowani. Czują, że nie zasłużyli na takie traktowanie i ty też to czujesz, ale to dopiero później, dopiero po jakimś czasie, po chwili dociera do ciebie razem ze wstydem, niechęcią, rozżaleniem, złością na siebie. W zawirowaniach codzienności machamy ręką na swoje gorsze dni, na swoje wybuchy. Mówimy, że taki mamy charakter, że trzeba czasem upuścić krwi albo w drugą stronę – stwierdzamy, że coś z nami nie tak.
Mnie samej zdawało się, że skoro coś nie poszło po mej myśli, skoro dałam się tym wielu małym rzeczom doprowadzić do wybuchu, to coś ze mną nie tak. Posypywałam rany solą, gdy nie dałam rady nad sobą zapanować lub gdy sama byłam obiektem wybuchów. Zamiast pozwolić sobie i innym wylizać się ze słownych ran, szłam w to mocniej, bardziej, aż…
przestałam się katować.
Bo to katowanie samego siebie.
Pozwalanie sobie i innym na te wybuchy. Pozwalanie w dość subtelny sposób, bo nikt tej erupcji nie planuje z zegarkiem w ręku. Owe pozwalanie to: machanie ręką, że ktoś się spóźnił na spotkanie; udawanie, że się wierzy, że ktoś nie zrobił tego, do czego się zobowiązał, bo wydarzyło się „coś tam”; branie na siebie za dużo, choć wie się, że jest się na samym skraju wyczerpania; stwierdzenie, ja to ogarnę bez problemu i zarywanie kolejnej nocki, żeby komuś zaimponować; udawanie, że coś nie robi na nas wrażenia, żeby tylko pokazać innym, jak jesteśmy silni. Całe mnóstwo małych rzeczy – niezjedzone śniadanie, bo ktoś przyjechał 15 minut szybciej, czekanie w kolejce, gdy ktoś wpycha się bez słowa wytłumaczenia i brak reakcji na takie zachowanie z naszej strony.
Osiągając pewien wiek, dociera do nas, że nie da się nie wybuchać. Jednak przed erupcją warto się zatrzymać, krzyknąć do siebie, potupać nogami, powiedzieć, że za chwilę będzie nieciekawie, przygotować kogoś przy kim ten wybuch będzie miał miejsce… policzyć od 100 w dół, bo do trzech mało daje, bo do trzech to jak odliczanie do startu, to jak przygotowanie do majestatycznej wersji erupcji we własnym stylu wku*wienia. Przecież dobrze wiemy, że rzadko kiedy obecny adresat wybuchu jest tym właściwym, najczęściej akurat jest pod ręką.
Nie wierzysz? Przypomnij sobie swoje nader emocjonalne reakcje, czy faktycznie adresatem była osoba, która w ostatnim czasie doprowadzała cię do szewskiej pasji?
Uwierzcie, powody do wybuchów są zawsze, nawet przy największej pracy nad sobą, każdy z nas się potknie i wku*w przyjdzie, takie jest życie, ważne, żebyśmy wtedy nie posypywali ran solą. Dajmy sobie i innym rozgrzeszenie.
Braku soli i chwili na wylizanie się z ran po odłamkach słownych wybuchów sobie i czytającym życzę!


