Rafał Sonik: Trzy dni z Tatrami

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Rok jest długi. Dzień po dniu podobny do siebie. Liczą się tylko te dni, które zapamiętamy na zawsze, które potrafią odmienić to, co myślimy o świecie. Miałem takie trzy.

Dzień pierwszy: Kraków. Ciepło, deszcz. Dotarłem do Starej Zajezdni by Da Silva na tyle wcześnie, żeby bezpiecznie zaparkować. Piłem kawę i patrzyłem, jak nadpływa tłum dziewcząt w butach na wysokim obcasie i chłopaków w garniturach. Porządne koszule, krawaty. Żarty.

– Jak już mamy garnitury, to się musimy pokazać na mieście – śmiali się. Niektórzy te garnitury mieli na sobie pierwszy raz…

Potem rozwinęli czerwony dywan, zaśpiewała Pamela Stone i Gala Stowarzyszenia Siemacha została otwarta. Zaprosił mnie Rafał Sonik. Kiedyś, po tym jak wygrał Rajd Dakar, robiłem z nim wywiad. Zapytałem go o tę naszywkę na kombinezonie. Powiedział, że Siemacha jest najważniejsza. Bo to szansa, że dziecko z zagrożonych środowisk, które ma lat sześć czy osiem, nie będzie biedne, ale zostanie nauczycielem, artystą, muzykiem. Kimś. Stowarzyszenie wymyślone przez księdza Andrzeja Augustyńskiego pierwszą pracownię uruchomiło w 1993 roku. To była pracownia muzyczna. Dzieciaki nie potrafiły grać, więc niszczyły instrumenty. Po trzech latach dzieci, które miały talent, potrafiły już uczyć inne. Po pięciu latach zarabiały na nowe instrumenty grając koncerty. Po siedmiu latach pierwsi absolwenci poszli do szkół muzycznych i zostali nauczycielami, a dochody z koncertów przewyższyły koszty. Powstało dwanaście zespołów.

– A to były dzieci, które kiedyś gwoździem rysowały obcym ludziom auta – podkreśla Rafał Sonik.

Niedawno było otwarcie Siemachy w Tarnowie. Na rekrutację przyszło z półtora tysiąca dzieci. Komisja jest poważna, kuratorzy, pracownicy socjalni. Trzeba wytypować tych, którzy naprawdę mają ciężko i poradzą sobie bez pomocy. Przychodzi chłopak. Ma siedem lat. Mówi, że chciałby grać na perkusji.

– A grałeś już kiedyś?

– Nigdy.

Siada, próbuje… I nagle zaczyna grać.

– Mówiłeś, że nigdy nie grałeś – dziwią się – a przecież potrafisz.

– No tak… grałem ołówkami na poduszkach.

Siedziałem w wielkiej Sali Starej Zajezdni, a twórca Siemachy, ksiądz Andrzej Augustyniak, witał gości. Potem był reportaż TV Kraków. Dowiedziałem się, że Forum Gospodarcze w Krynicy uznało Siemachę za stowarzyszenie społeczne roku.

Potem był film z Rajdu Dakar, w którym Rafał opowiadał o tym, dlaczego ma logo Siemachy na kombinezonie i o tym, że nie jest możliwe zwycięstwo bez drużyny i że nie jest możliwe bez dzieci z Siemachy. Że kiedy jedzie nocą po ciemnej pustyni i wie, że ma przed sobą kilkaset kilometrów samotności, to właśnie pamięć o obietnicy, jaką im złożył go niesie.

– Obiecałem wam zwyciężyć, tak jak wy zwyciężacie każdego dnia w walce o własne życie.

A potem były nagrody Siemachy. Dla dzieci z placówek dziennych i dla dzieci z domów dziecka. Małgorzata Makocka. Z nieśmiałej dziewczynki wyrosła na liderkę i artystkę. Nagrała film „365 sekund z życia”. Każdego dnia w roku robiła jedną sekundę. Zmontowała z tego film… Sandra Sucharska. Kiedy trafiła do Siemachy, próbowała zniknąć. Nigdy nie patrzyła w oczy. Zawsze w podłogę. Pokonała siebie. Potrafi dziś walczyć o własne zdanie, została przewodniczącą klasy. Maluje obrazy. Śpiewa. Nauczyła się wspinać i walczyć na szable. Teraz organizuje eventy dla dzieci z Siemachy, takich, jak ona przed kilku laty. Nagrodą był zegarek do odmierzania szczęśliwych chwil. Szła tamtędy, płakała i ja też nie umiałem nie płakać, ale udawałem, że to z powodu nogi. Dostała owacje na stojąco. Od innych dzieciaków. Paulina Ślusarczyk. Zbuntowana nastolatka. Nie można było do niej podejść ani z nią porozmawiać. Nie umiała budować relacji z ludźmi. Pewnie dlatego, że zbyt długo była sama. A teraz umie ufać. Budować relacje. Znalazła pracę. Wynajęła samodzielnie mieszkanie. Jest wzorem dla wszystkich. Te dziewczynki chcą kiedyś być takie, jak ona. Seweryn Stopa. Trafił do Siemachy jako dziesięciolatek. Nie umiał mówić na głos. Tylko szeptał. Dziś jest animatorem działań. Wspina się i pracuje na wysokościach, jeździ konno i jest strażakiem ochotnikiem. Prowadzi zajęcia motywacyjne o szacunku do pracy. Żywa legenda. Kiedy go wyczytali dzieci wstały, żeby dać mu owację na stojąco.

Siemacha. Na zakończenie wystąpił brat księdza Józefa, Kazimierz Tischner, któremu wielki filozof na łożu śmierci, kiedy już nie mówił, ale jeszcze pisał, powierzył misję stworzenia stowarzyszenia Drogami Tischnera.

– To jest kapelusz mojego brata – pokazał góralski kapelusz – ten, z którym się nie rozstawał i który leżał na jego trumnie w dniu pogrzebu.

Zrozumiałem że to kapelusz, pod którym urodziły się jego myśli.

– Ten kapelusz daruję tobie, Andrzeju – powiedział pan Kazimierz do księdza Augustyńskiego – bo tyś jest tego najbardziej godzien spośród wszystkich ludzi.

Ksiądz Augustyński dał mi go na chwilę do ręki.

Rzadko robią na mnie wrażenie takie sprawy. Ale teraz było inaczej.

Dzień drugi: Zakopane

Spotkanie Seniorów. Rafał Sonik organizuje je od ośmiu lat. Powiedział mi, żebym był gotowy. Ale nie byłem. Najpierw Basia Kurkowiak opowiedziała mi, że na początku nikt nie rozumiał o co chodzi temu Rafałowi. Po co ich zaprosił na Krupową? Ale nie miała czasu o tym myśleć, bo okazało się, że zaprosił samych przyjaciół. Jej przyjaciół z czasów, kiedy sama startowała w Olimpiadzie i mistrzostwach Polski. Zdobyła mistrzostwo 22 razy. Może 23, kto by pamiętał? A na nartach nauczyła się jeździć po wojnie, kiedy przeniosła się do Zakopanego… Po Powstaniu.

Opowiedziała mi o Powstaniu mnóstwo spraw. Jak uczyła się zastrzyk robić domięśniowo. Ale pierwszy ranny, którego miała opatrzyć, miał tyłek jak deska. Krew się lała. Strzelali. On nieprzytomny. Inne dziewczyny w panice, a ona nie wie, gdzie się wkłuć tą igłą, bo w chudym chłopaku nie wiadomo gdzie się zaczyna pupa, a kończą plecy. Słońce było straszne, palące. Pierwszy sierpnia.

Kiedyś siedziały w tym słońcu we trzy i opalały twarze. Tęsknisz za słońcem, kiedy widzisz tylko kanały i piwnice. No i usłyszała klaśnięcie. Snajper ją trafił w głowę. Zakryła rękoma twarz, bo krew i pociągnęły ją dziewczyny do piwnicy.

– Czy ja widzę – myślała – Boże, czy ja widzę.

Puściła dłonie.

Ciemno.

– Oślepłam!

– Nie, głupia, w piwnicy jesteśmy.

Cała rodzina poszła do Powstania. Ojciec, mama, bracia. Wszyscy.

– A kiedy słyszysz, kiedy pytają, czy to było warto, czy to było trzeba? Że to może był błąd, może głupota, może nawet zbrodnia…

– No przecież wytłukliby nas jak naszych kolegów z Getta. Przecież zabijali na ulicach za nic. A najważniejsze: przecież my nie szliśmy zginąć. Szliśmy wygrać.

Kiedy Rafał przyjechał wszyscy płakali.

– Czasami pytają mnie, gdzie mam dom – mówił im. – A ja mówię, że mam go tam, gdzie są moi przyjaciele. Mam fotograficzną pamięć. Wszystko pamiętam. Pamiętam, że Maciek Wilczyński, zawsze kiedy się spotykaliśmy, stał gdzieś daleko i cicho. I czasem długo, bo bywało, że na Kasprowym tłum, a potem podchodził nagle i pytał na ucho: „Rafał, mogę się przytulić?”. Czasami w wyścigu, kiedy jadę przez Andy. Ciemno jest. Grubo poniżej zera. Jestem zupełnie sam. Zamarza mi w głowie każda myśl. I nie mam siły. I wtedy Maciek przychodzi i pyta: „Rafał, mogę się przytulić”…

I tak do wieczora. Tomasz Krzyżanowski, nie wiem czy bardziej narciarz, poeta, czy jednak antykomunistyczny opozycjonista, mówił mi o Polsce. A Józef Marduła, król koników, co przez trzydzieści lat załatwiał bilety na kolejkę na Kasprowy za dziesięciokrotną przebitkę, opowiadał, jak ministra wprowadził kiedyś na górę przez okienko w toalecie, bo nie chciał mu zapłacić za bilet. Apoloniusz Rajwa opowiadał o tym, że nie wierzył, że to pierwsze spotkanie jeszcze się kiedyś powtórzy. Ale się spotkali na Wigilii. I tak było. A potem znowu wiosną. I na Kasprowym, na mszy. – W końcu zrozumieliśmy, że zawsze tak będzie. Póki wszyscy nie znikniemy. Wie pan. To starzy ludzie. Świat zapomniał, że kiedyś byli na Olimpiadach. Że zdobywali medale. Dziś są niepotrzebni nikomu. Nawet ze sobą się nie spotykali, póki ich Rafał nie zebrał…

Dzień Trzeci. Kasprowy.

Akcja Czyste Tatry. Do udziału zarejestrowały się cztery tysiące ludzi. Nie mogłem iść z nimi, bo kontuzja ścięgna mocno ogranicza mi mobilność. Pojechałem więc zobaczyć finał akcji kolejką. Jest południe. Leżymy na leżakach i patrzymy na Dolinę Gąsienicową. I czuję się szczęśliwy. Dobrze jest wrócić. Nie odważyłbym się bez przyjaciół wrócić myślą do tamtego życia. Mieć dwadzieścia lat i spotkać kogoś, kogo potem trzeba będzie pokochać i utracić. Teresa Szelc i Sławomir Szelc to kompania, z którą można iść przez Morze Czerwone. I przez pustynię. I przez piekło. A co dopiero siedzieć na leżakach na Kasprowym i czekać, aż przyjdą przyjaciele. Nie lękać się. Żyć śmiało.

Siedziała obok nas dziewczyna. Cała w tych nowoczesnych tkaninach, co przylegają do ciała bez litości i nie pozostawiają wyobraźni ani najmniejszego pola do domysłów.

Między nogami trzymała książkę. Ryszard Kapuściński. Zawsze wiedział, jak się w życiu ustawić.

Potem weszli na górę wolontariusze z Siemachy z panią przewodnik Agnieszką, no i z Rafałem. Nieśli worki ze śmieciami. Śmieci było o wiele mniej niż cztery lata temu. Zrobiliśmy wspólne zdjęcie i to był zaszczyt, że mnie zaprosili, chociaż niczego nie zebrałem. A potem Rafał Sonik powiedział dzieciakom, że od tej pory nie są zwyczajnymi turystami, że są nauczycielami ekologii i nieważne, czy są w Tatrach, czy w lesie, to wiedzą, jak trzeba postępować ze śmieciami.

Pomyślałem, że nie chodzi wcale o te śmieci, ani nie o to, żeby wejść na Kasprowy, ale o to, żeby tych kilkanaścioro dzieci mogło wejść w życiu na kolejny szczebel. Nawet jeśli niewielki, to zobowiązujący. Niełatwo być nauczycielem.

fot.: Mateusz Szelc

Reklama

Minimalizm w życiu i biznesie. Jak odzyskać uwagę, czas i spokój? – Agnieszka Krakós-Gorący

To rozmowa o minimalizmie, declutteringu i o tym, jak nadmiar rzeczy, decyzji i bodźców wpływa na nasze życie dużo mocniej, niż zwykle chcemy przyznać. Agnieszka Krakós-Gorący pokazuje, że porządek to nie kwestia estetyki, tylko realne wsparcie dla koncentracji, spokoju i codziennej sprawczości. Mówi o tym, jak uprościć dom, pracę i cyfrową przestrzeń, żeby odzyskać uwagę na to, co naprawdę ważne. To bardzo praktyczny odcinek o tym, że mniej naprawdę może znaczyć więcej.