
Kinga Burzyńska: Agnieszko, spotykamy się w związku z bardzo ważnymi premierami. 11 kwietnia premierę miał film „Skołowani”, a 24 maja na Netflixie, będzie można zobaczyć „Dzień Matki”, w którym to zagrałaś główną rolę. Zacznijmy od „Skołowanych”, bo to piękna historia. Widziałyśmy się niedawno na wejściu na żywo w Dzień Dobry TVN – opowiadałaś, że jak ktoś cię pyta, co robiłaś danego dnia, to mówisz że grałaś w tenisa, grałaś na skrzypcach, grałaś…
…tez na wózku inwalidzkim.
Dodatkowo jeszcze ćwiczyłaś kickboxing, judo…
… strzelałam z karabinu maszynowego. Choć wydaje się to przynajmniej egzotyczne, to jest to jednak zapis codzienności. Tak właśnie wyglądały moje dni w ubiegłym roku.
To teraz po kolei – co z czym łączyłaś?
Najpierw przez osiem miesięcy trenowałam kickboxing, judo i strzelanie. Później doszła do tego nauka jazdy na wózku inwalidzkim. Przyznam, że to akurat doskonale ułożyło się w czasie, bo dzięki treningom kickboxingu miałam na tyle siły, żeby jeździć na wózku i jednocześnie grać w tenisa.


Otóż to, czyli wszystko było po coś.
Generalnie jest to trudne, bo po prostu mdleją ręce – szczególnie, jeśli nie masz ich wytrenowanych. Kręcenie wózkiem, obracanie, i jednocześnie trzymanie rakiety w jednej ręce przez cały czas…to skrajnie wyczerpujące fizycznie.
Kickboxing, judo i strzelanie trenowałaś do roli w „Dniu Matki”. Pamiętam, jak dzwoniłam kilkakrotnie i proponowałam spotkanie, a ty mówiłaś: „Nie Kinga, muszę poczekać aż się przygotuję, jak ten proces się skończy”. To brzmi światowo, że przez osiem miesięcy przygotowywałaś się do roli. Miałaś czas, przestrzeń i swobodę producencką, aby gruntowanie się do tej roli przygotować. Kim jest ta postać?
Chyba po raz pierwszy w życiu ktoś zadzwonił do mnie na rok przed zdjęciami i zamiast powiedzieć: „Słuchaj, kiedyś zrobimy film”, zaproponował mi rozpoczęcie przygotowań do roli i to w bardzo precyzyjnie określony sposób. Zazwyczaj wygląda to tak, że albo ktoś dzwoni i mówi, że robimy film od razu, bo nie ma na nic czasu i trzeba rozpocząć pracę tu i teraz albo ktoś dzwoni, a film w rzeczywistości jest robiony za pięć lat. Rzadko się zdarza, żeby reżyser w maju powiedział: „Chciałbym żebyś we wrześniu zaczęła się przygotowywać, pod końca kwietnia zaczynamy zdjęcia”. A później to rzeczywiście się dzieje. Zanim weszliśmy na plan nauczyłam się choreografii, pracowałam z fantastycznymi ludźmi, którzy pomogli mi przygotować się do planu zdjęciowego, tak, że czułam, że jestem w stanie wiarygodnie grać sceny walki i że panuję nad ciałem. Wtedy, w czasie naszej pierwszej rozmowy na temat filmu – reżyser „Dnia Matki” Mateusz Rakowicz powiedział mi, że chciałby, żebym się ze wszystkimi biła – żebym zagrała byłą agentkę, która próbuje odzyskać swojego syna i robi to za pomocą własnych rąk. Za pomocą odpowiednich kopnięć i ciosów miałam zlikwidować pół miasta. Planowaliśmy, że nauczę się tyle ile potrzeba, a w reszcie scen będę dublowana przez Asię, moją wspaniałą nauczycielkę i dublerkę. Asia na koniec zdjęć powiedziała, że mnie nie cierpi, bo zastąpiła mnie tylko w jednej scenie.
A całą resztę zrobiłaś sama…
Tak, przyznam, że mam z tego ogromną satysfakcję,
Trzeba było dużej wyobraźni reżyserskiej, żeby w tym drobnym i jakże kruchym ciele, zobaczyć taką twardą babkę. Czułaś potrzebę, aby zmierzyć się ze stricte fizycznymi zadaniami?
To było niesamowite wyzwanie. Wydaje mi się, że może przekonało Mateusza to w jaki sposób mówię – bardzo szybko i może jakiś rodzaj zawziętości który jest we mnie. Nie wiem, jak to nazwać. W każdym razie potrafię się zawziąć i spróbować zrobić coś, co w pierwszej chwili wydaje mi się niemożliwe. I w czasie treningów, i już na planie było mi bardzo ciężko. Pewnie dlatego, że zaczynałam od zera, nie potrafiłam nawet stanąć w pozycji do walki. Co ciekawe, na pierwszym treningu zapytano mnie, czy tańczę.





A tańczysz?
Tak, jako dziecko uczyłam się tańca towarzyskiego i do tej pory jest mi bliski. Okazało się to być istotnym w całej tej zabawie. Dlatego, że wiąże się z pewnym rodzajem koordynacji ruchowej, którą się ma lub niestety nie.
Jakiegoś rytmu może?
Generalnie chodzi o to, że działają u ciebie dwie półkule, na przykład jesteś w stanie jedną rękę złapać się za nos, a drugą za prawe ucho. Podobno bardzo trudno byłoby mi się nauczyć się czegokolwiek ze sztuk walk, jeżeli nie miałabym tej podstawowej koordynacji. Mateusz powiedział, że będą krew, pot i łzy. Odpowiedziałam, że bez przesady, jestem twarda…
Ile trenowałaś w ciągu tygodnia? Czego się nauczyłaś?
Prawie codziennie, oprócz sobót i niedziel, które chciałam mieć wolne. Po pierwsze, żeby mieć czas dla dzieci, a po drugie, żeby nie zwariować. Kickboxing kilka razy w tygodniu, co wtorek judo z Arturem, co dwa tygodnie w czwartki strzelanie z Mateuszem. Czasem jeździliśmy pod Modlin, na świeże powietrze. Zaczęliśmy we wrześniu, więc jak przyszła zima, to już czułam się na tyle źle, że powiedziałam: „Nie, tak się nie da, muszę chodzić na jogę, na basen, złapać jakąś równowagę”. Bo to nie było trenowanie po prostu, dla pewnego rodzaju przyjemności, ale praca nad tym by wszystko wyglądało perfekcyjnie w ruchu, na zbliżeniach. Chciałam nauczyć się ruchów i choreografii tak by to wyglądało prawdziwie. Nie może być żadnego styku rękawicy z czymkolwiek.
A ty nie mogłaś tego zrobić…
Nie mogłam, bo później, gdy już nie masz tych rękawic, ręce muszą się zatrzymywać przed twarzą i za uchem. Zawsze musi być przerwa z którejś strony – tak, żeby kamera tego nie zobaczyła. To są bardzo skomplikowane układy, za które odpowiedzialny jest Jarek Golec, genialny koordynator kaskaderów. Walka nie jest prawdziwa, musi być dla każdego z uczestników bezpieczna. Z drugiej jednak strony musi być tak poprowadzona tak by wygadała jak bitwa na śmierć i życie.
Omsknęła ci się kiedyś rączka?
Na próbie uderzyłam Damiana łokciem. Popłakałam się wtedy.
Myślałam, że to on się popłakał.
Nie, tylko ja. To jest bardzo ciekawe z uwagi na pewien rodzaj zaufania, który musimy mieć w sobie. Stajesz, słyszysz „akcja!”, nagle musisz kontrolować każdy swój ruch i jednocześnie precyzyjnie go wykonać. Z jednej strony, dookoła są cztery osoby i to jest jakiś układ, a z drugiej strony grasz scenę, w której bez pamięci się z kimś bijesz.




Muszą być emocje, ale także kontrola, żeby te ciosy nie poszły za daleko.
I to jest obłęd.
Oprócz tego twoja postać ma także zdania do wypowiedzenia?
No tak, ale nie ma ich specjalnie dużo – w trakcie walki mówi się raczej niewiele.
Ale jakiś krąg tematyczny jednak jest, bo to kobieta, która walczy o syna. Ona jest dobra, zła? Przepraszam, że mówię tak zero-jedynkowo…
Raczej dobra, choć z drugiej strony jest też bezwzględna.
Oprócz bicia, miałaś jeszcze jakieś inne wyzwania? Czułaś, że to jest postać, którą chcesz poprowadzić. Czy pomyślałaś sobie, że cenisz tę rolę za przygotowanie?
Nie, wszystko mi się podobało w tej roli. Bardzo cenię Mateusza Rakowicza, bo wymyśla świetne rzeczy. „Najmro” był rewelacyjny – zachwyciło mnie, że ktoś zrobił swój debiut fabularny w kinie gatunkowym i to w dodatku z dowcipem i z pazurem. W naszym filmie zdecydowanie widać charakter pisma Mateusza, to nie jest stricte realistyczny film. Jest też w nim olbrzymia dbałość o szczegóły. To było dla mnie spektakularne. Pierwsza scena walki, która kręciliśmy – na ekranie trwa niecałe trzy minuty, a my robiliśmy ją przez sześć dni – trzy dni prób i trzy dni kręcenia. Została nakręcona w Motion control. Jest to robot na szynach, który jeździ ze specjalnym ramieniem. Na początku się go programuje, więc gdy wykonujemy choreografię, on wie, gdzie w danej sekundzie będziemy. Ja w tym czasie muszę kontrolować – kamera podjechała, ja wzięłam nóż i coś tam dalej robię. Oprócz tego siedzi dwoje ludzi z takim czerwonym przyciskiem, bo jeśli na przykład się potkniesz i zmienisz trajektorię swojego ruchu, to możesz oberwać – wtedy marne szanse na przeżycie.
Ryzykantka z ciebie.
Przygotowywaliśmy się, żeby to było bardzo precyzyjne. To jest jednak maszyna.
Trochę jakbyś była jakąś postacią w grze komputerowej.
Tak.
Jak wiemy, jesteś spragniona nowych rzeczy, ale zatrzymałam się na zdaniu, że tańczyłaś jako dziewczynka taniec towarzyski…
Do tej pory utrzymywałam to w tajemnicy.
Czyli po raz pierwszy u nas – Agnieszka Grochowska, była mistrzyni Polski okręgu Warszawy?
Nie, mistrzyni absolutnie niczego.
Tańczyłaś gdy miałaś pięć czy dwanaście lat?
Dziesięć, dwanaście… w szkole podstawowej.
Czyli następna edycja Tańca z Gwiazdami należy do Ciebie. To był zauważalny okres w twoim życiu?
Nie, właśnie nie bardzo.
To nie była twoja energia?
Nie wiem. Wszyscy są tacy uśmiechnięci. Jest w tańcu coś, co do mnie nie pasuje. Pewien rodzaj przerysowania.
Czyli z tańca rezygnujemy. Zostaje nam 24 maja „Dzień Matki” na platformie Netflix, ale wcześniej to, o czym zaczęłyśmy mówić, „Skołowani”. Urocza komedia, w której grasz fantastycznymi Gabrysią Muskałą, Michałem Czerneckim, Marcinem Perchuciem, Marianną Zydek. Grasz postać na wózku inwalidzkim, ale postać bardzo aktywną; dziewczynę, która zarówno gra na skrzypcach, jak i w tenisa.
Tak, nie zrezygnowała z tego, co robiła wcześniej
Właśnie o tym chciałam pogadać. Ten film, abstrahując od tego, że jest uroczy, pięknie zagrany, że nie można oderwać od ciebie oczu, że Gabrysia Muskała jest fantastyczna…
Jest fantastyczna. Przedłuża życie oglądającym ten film.
Ten film ma przede wszystkim bardzo mądre przesłanie. To było coś, co ci przyświecało w trakcie realizacji?
Tak, mi się to od początku podobało. Widziałam francuską wersję – pomyślałam, że wspaniale zrobić film, gdzie jedną z głównych postaci będzie osoba niepełnosprawna. To jest dobry temat do opowiadania w naszym kraju. Mam wrażenie, że nieobecność osób na wózkach inwalidzkich w Polsce nie jest przypadkowa. Wydaje mi się, że poziom tolerancji nie należy do najwyższych, co wynika z niewiedzy – jak się zachować, co zrobić, co urazi, a co nie urazi. Mało obcujemy z ludźmi z niepełnosprawnościami. Pomyślałam, że dobrze zacząć ten temat w takiej ciekawszej, bardziej przystępnej formie. Więcej osób będzie miało szansę go zobaczy. To mi się w nim bardzo spodobało – mamy tam mądre, dobre treści, a jednocześnie dobrą zabawę. Świetnie mi się pracowało z reżyserem, Jankiem Macierewiczem i z Michałem – miałam naprawdę totalną przyjemność spędzania z nim tych dni.



Przyszliście nawet na Orły razem i wywołało to poruszenie wśród publiczności (śmiech).
Tak, kolegujemy się. To też jest miły aspekt tej pracy w dorosłym życiu, że jeszcze ktoś się może z kimś zaprzyjaźnić, zakolegować.
I wynosisz coś z tego?
Tak, to jest naprawdę bardzo cenne. Zapominaliśmy momentami, że jesteśmy na tych wózkach.
Wspaniale pokazać, ludzie z niepełnosprawnościami też mogą o tym zapomnieć.
Tak. Borykamy z wieloma rzeczami na co dzień, więc takie banalne „ciesz się życiem”, ciężko nam przychodzi. Bardzo się trzeba namęczyć, żeby zrozumieć, ze wszystkim się pogodzić, zaakceptować i wreszcie mieć święty spokój, spróbować tego szczęścia. To bardzo trudne.
W Centrum Nauki Kopernik jest miejsce, gdzie możesz usiąść w wózku inwalidzkim i przejechać tor przeszkód – tak, jakbyś przejeżdżał przez krawężnik czy bramkę. Ustawia się tam największa kolejka dzieciaków. Byłam tam ostatnio ze swoją córką i słyszałam, jak mówiły: „Jak to ciężko”. To pokazuje, ile jest tych przeszkód dla ludzi niepełnosprawnych, w stolicy europejskiego kraju i w XXI wieku. Cały czas warto ten temat poruszać.
Dokładnie.
Agnieszko, spotykamy się w związki z premierami dwóch filmów, ale jest jeszcze trzecia rzecz, prawda?
Trzecia i nawet czwarta.
Możemy o tej trzeciej i czwartej teraz powiedzieć?
Chyba możemy. Będzie film Pawła Maślony „Kos”, o Tadeuszu Kościuszce
Tak, no to o tym można już mówić.
I właśnie to powiedziałyśmy. Będzie też „Akademia Pana Kleksa”, ale nie wiem czy o tym można mówić?
Można, oczywiście – przecież były już pierwsze informacje, zwiastuny. To jak amerykańska produkcja „Harry Potter”. Kogo tam właściwie grasz?
Wiele nie mogę powiedzieć, ale było to naprawdę świetne. Maciek Kawulski, który robi teraz film dla dzieci, bardzo mi imponuje. I robi to z takim rozmachem! To mogę powiedzieć – scenografia, kostiumy i charakteryzacja są na najwyższym poziomie. Jest super obsada, świetne dzieci.
Wychowałaś się na Kleksie?
Tak.
A twoje dzieci sięgają jeszcze do Kleksa?
Piosenki są zdarte, Spotify jest zdarty – nie wiem czy w ogóle można powiedzieć, że Spotify jest zdarty – ale do tej pory,
